Dzień radości.

Gold Coast, 13 listopad 2017

Dzień radości, który najpierw nazwała Dniem Dziecka dla uczczenia dziecięcej radości z życia, okazał się w rzeczywistości być bardzo ważnym dniem. Okazał się być pierwszym dniem jej życia. Zupełnie jakby dostała drugą szansę…

Wbrew pozorom, cała historia wcale nie zaczyna się optymistycznie. Zaczyna się od tego, że Ania zgubiła radość życia i czuła jak z każdym dniem uchodzi z niej życie.

Ania zapędziła się i starając dogonić marzenia przestała marzyć i zaczęła gonić coś, co z jej marzeniami niewiele już miało wspólnego.

Zamiast sięgać po marzenia włączyła się do dobrze nam wszystkim znanego maratonu sprinterskiego – długo, daleko i na pełnej prędkości- z całą mocą!
Praca, praca, praca, ciężka praca.

Ania nie wybrała łatwej ścieżki, tak, jak i wielu z nas.
Pasją Ani jest studiowanie tego, jak działa człowiek na przestrzeni fizycznej, emocjonalnej, psychicznej i duchowej.  Wprowadzanie zmian we własnym życiu, żeby o nich później uczyć innych nie jest zadaniem łatwym. Wymaga ogromnej pracy.
Ania umie pracować. Wydawało jej się nawet, że lubi. I oczywiście wydawało jej się, że powinna, że musi.
 Tak, jak wydaje się większości z nas.
Jednak ciało Ani było odmiennego zdania. Długo jej wybaczało zawrotne tempo i ledwo znośny poziom stresu, ale zmęczyło się jednak i zaczęło protestować.

Dlaczego tak się stało?

Sama praca do szczęścia nie wystarcza.
Potrzebujemy w życiu różnorodności, urozmaicenia, nawet drobnych zmian w codziennej stabilnej rutynie. Tak jesteśmy skonstruowani.
Samo to, że robimy to, co lubimy, co nas fascynuje, nie wystarcza do szczęścia.

Jak to mówił mój nauczyciel matematyki “jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym”.
Dlaczego sama pasja nie wystarcza do szczęścia?
Bo to tylko jedna składowa równania, które w sumie powinno dać radość życia. Równianie z jedną składową to żadne równanie. Wyniku nie będzie.

Potrzebujemy też bliskich relacji z innymi ludźmi – z rodziną i z przyjaciółmi, którym możemy absolutnie zaufać.

Żeby cieszyć się życiem potrzebujemy bliskich relacji z ludźmi. Potrzebujemy wokół nas ludzi, przy których możemy stanąć nago prawdziwi, dokładnie jacy jesteśmy i nie będziemy się tego bali.
Nie będziemy się bali, że nas osądzą, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, bo wiemy z całą pewnością, że dla nas akceptują takimi, jacy jesteśmy. Nawet jeśli sami mamy z tym problem.

Potrzebujemy też i innych składowych, ale zostawmy to na kolejne rozdziały. Klasyfikacji potrzeb ludzkich jest wiele i każda wnosi wartościowe informacje, ale ich dokładna analiza w naszej historii, zamieniłaby post w książkę.

Wróćmy do naszego przykładu- historii Ani.

Ania nie zauważyła, że zaczyna brakować jej sił.
Aż  do dnia, kiedy zobaczyła zmęczoną i poszarzałą twarz w lustrze.
Własną postarzałą twarz pozbawioną cienia radości…
Nadal potrafiła uśmiechać się do ludzi, ale do siebie już nie umiała.
Owego znaczącego dnia, 13 listopada, Ania to zauważyła i postanowiła, że dość już tego.

Dziś będę robić tylko to, co sprawia mi radość, tylko to, co sprawia, że uśmiecham się! Dziś będę czuć się dobrze przez cały dzień i jeśli tylko poczuję, że jest inaczej, że zakrada się niepokój, smutek, czy inne paskudne stany wywołane zazwyczaj stekiem nikomu niepotrzebnych myśli, zmienię to natychmiast!

Ania od razu poczuła się lepiej. Tego dnia niczego nie musiała, zamiast tego dała sobie pozwolenie na to, żeby wybierać, co chce robić.
Jeden dzień totalnych wakacji. Wolność od wszystkiego i do wszystkiego.

Oto relacja i przemyślenia Ani z owego dnia oraz wnioski, jakie z tego wspaniałego doświadczenia wyciągnęła.

Siedzę na pierwszym laboratorium z anatomii (zaczęłam nowe studia – Bachelor of Sport and Exercise Science na Southern Cross University, na Gold Coast) i słucham uważnie jak młoda kobieta opowiada po raz kolejny i to samo o tkance nabłonkowej.

I cieszy mnie to ogromnie, że tak po prostu sobie siedzę i jej słucham. Raz po raz te same słowa, nie myślę o tym do czego mi się to przyda, co ta tkanka robi, gdzie jest itd. w nieskończoność… Dokładnie tak zazwyczaj działa mój umysł – kombinuje, analizuje, wypuszcza gałęzie z pojedynczej informacji, a następnie przetwarza je w całe lasy informacji.
Często pożyteczne, ale zazwyczaj bardzo męczące, szczególnie jeśli taką działalność uprawia na porządku dziennym!

Ale nie dziś. Dziś po prostu jestem i słucham, jak inni studenci i cieszy mnie to wolne tempo. Dziś jestem obecna.

Dziś cieszę się każda chwilą. Naprawdę.
Tak rano postanowiłam i trzymam się tego postanowienia stanowczo.
Powolutku i z RADOŚCIĄ.
Zapomniałam jak to jest cieszyć się, zamiast biec na oślep w pędzie pracy,
a przecież cieszenie się z drobnych rzeczy jest takie przyjemne!

Wymagałam za dużo od siebie i od innych. Zapomniałam jak kochać siebie samą, więc i w stosunku do innych zaczęłam tracić otwartość i miałam mniej cierpliwości. Utrudniałam sobie wszystko. Wymagania, wymagania i wymagania.

A może te studia nauczą mnie też tego, żeby pracować systematycznie, fragment po fragmencie? Przecież wiadomo, że nie można zrobić wszystkiego od razu i jeszcze być  niezadowolonym, że się nie udało.
Mimo, że czas jest względny to jednak nasze życie zorganizowane jest wokół doby, a ta ma 24 godziny.
Wszystkiego zrobić się w jeden dzień nie da!

Zrób krok, tylko jeden krok, nie myśl już o następnym. Powoli do przodu i z radosną obecnością na każdym kroku. I tak robię.

Tylko, czy ja chcę dać instytucji prowadzić mnie za rękę? Czy urodziłam się, żeby podążać za regułami? Raczej nie, ale to nie znaczy, że nie mogę z nich skorzystać i wyciągnąć nauki.

Prosto i powoli nie znaczy źle. Może nawet prosto i wolno jest często lepiej?

Tak, Ania ma tu rację.

Less is more. Mniej znaczy więcej.

Czym dla Ciebie jest sukces? Czy on w ogóle nie istnieje? Czy jest potrzebny?
Pewne jest jedno- pędząc na złamanie karku niczego nie osiągniemy. Biegnąc na oślep i w nieskończoność gubimy po drodze powody, dla których tak biegniemy. Tracimy bliskie relacje z ludźmi ważnymi w naszym życiu. Tracimy zdrowie. Tracimy radość życia.
Przecież to chore! Śmierć za życia.

Dzięki DNIU RADOŚCI Ania też to zrozumiała i odważyła się podzielić się z nami bardzo osobistą refleksją – to fragment jej dialogu wewnętrznego z owego znaczącego dnia – DNIA RADOŚCI, który później nazwała pierwszym dniem życia.

“Jak mogłam zrobić Tobie to znowu Aniu?
Przecież tak bardzo Ciebie kocham. Przepraszam…
Ania złapała mnie delikatnie za rękę, a ja ujęłam jej dłoń i popatrzyłam w smutną twarz z miłością, a on zaczęła delikatnie odwzajemniać ten uśmiech. Bardzo Ciebie kocham powiedziałam. Chcę wynagrodzić Tobie ten czas, kiedy mnie przy Tobie nie było. Chcę wynagrodzić będąc z Tobą i traktując nas obie z miłością i cieszyć się życiem!”

14 listopad 2017

Tydzień radości. Dzień drugi..
Tak, dobrze widzicie. Drugi dzień całego TYGODNIA RADOŚCI!

Czternastego listopada Ania obudziła się nadal mocno zmęczona i po niespecjalnie udanych próbach „postawienia się na nogi” doszła do wniosku, że jeden dzień cieszenia się życiem i radości dla radości oraz dobrego samopoczucia to stanowczo za mało. Zdecydowała, że zasłużyła na cały tydzień radości!

Tydzień radości ma swoje reguły. To nowe reguły życia, które w przeciwieństwie do reguł odzierających nas z siły, wzmacniają nas.

TYDZIEŃ RADOŚCI to tydzień

bez oczekiwań,
bez uprzedzeń,
bez oceniania siebie, innych, sytuacji,
bez negatywnych dialogów wewnętrznych,
bez planowania,
bez podejmowania decyzji,
bez przywiązania do znanej rutyny,
bez martwienia się o przyszłość,
bez martwienia się o pieniądze,
w ogóle bez martwienia się o cokolwiek.

W TYGODNIU RADOŚCI robisz tylko to, co lubisz i tylko to, co w danym momencie sprawia, że czujesz się dobrze i cieszysz się.

Brzmi jak bajka i nie koniecznie jest to zadanie łatwe.
Zrobić coś, co odbiega od znanych schematów, oznacza dla naszego mózgu wciśnięcie guzika panika, a następnie obrona.

W związku z powyższym, Ania z naszego przykładu dość szybko zboczyła z obranego radosnego toru na manowce, bo jej spanikowany umysł zaczął planować i knuć.
Stary spiskowiec!
Ania zauważyła, co robi, ale nie było jej łatwo przywołać się do porządku i wrócić na ścieżkę radości.

zmiany na lepsze też wymagają pracy uwagi i świadomości.

Umysł Ania zaczął panikować podczas pływania, czyli wtedy, gdy Ania robiła coś, co uwielbia, jak dzieciak czekoladki. Ania musiała niemal”zmusić się”, żeby odseparować się od kłębiącej kolejki niespokojnych myśli.

Były i inne pułapki…

Ania zaobserwowała jak zaczyna robić rzeczy nerwowo, w pośpiechu. Wiedziała, że to reakcja na “muszę coś zrobić”. Znowu muszę…
Nabrawszy nowych sił, dzięki kilku godzinom radości, Ania wymyśliła, że powinna zrobić kolejne ogłoszenie do jej biznesu.
Ale co się stało?

Ania zaczęła przygotowywać kolację ze świadomością, że ma to ogłoszenie do zrobienia i co zaobserwowała?
Zamiast cieszyć się gotowaniem, usiąść spokojnie i cieszyć się smakiem, zaczęła wcinać jakby startowała w sprincie, jeszcze na stojąco, nadal krojąc i już denerwując się, że będzie musiała siedzieć przed komputerem i robić ogłoszenie.
Zauważywszy co się dzieje, Ania postanowiła

Nie, nie i jeszcze raz nie!
To mój TYDZIEŃ RADOŚCI!
Właśnie, że tego sobie nie zrobię. Nie będę siedziała przed komputerem, bo już sama myśl o tym przeraziła moje zmęczone ciało i optymistyczny duch radości zaczął znikać. O nie! Nie dopuszczę do tego. W końcu to tydzień RADOŚCI!
Zamiast pracy, zrobię to, co lubię. Popatrzę na ocean, a może po prostu będę robić nic…

Wierzcie lub nie, ale też możecie sobie pozwolić na przerwę w napiętym grafiku życia. I nawet jeśli cały TYDZIEŃ RADOŚCI może nie dla każdego być możliwy, to na pewno każdy z nas może wygospodarować chociaż 3 dni.

Owego trzynastego listopada Ania z naszego przykładu czuła się tak fatalnie, że nic jej już nie obchodziło. Jedyne, czego chciała, to znów poczuć, że żyje.
Chciała wynagrodzić sobie cały ten czas, kiedy była zbyt zajęta, aby cieszyć się swoim życiem.

Jeśli doprowadziłeś się do podobnego stanu smutku i frustracji, możesz potrzebować całego TYGODNIA RADOŚCI.

Do czego możesz go potrzebować?

Żeby zresetować wszystko w swoim życiu.
Żeby uzyskać dostęp do najważniejszych dla Ciebie wartości i uzyskać jasność co do tego, co chcesz mieć w swoim życiu, a także czego na pewno nie chcesz w nim mieć.

Tydzień radości, czyli robienia rzeczy, które dodają Ci skrzydeł i sprawiają, że jesteś wdzięczny za to, co masz!

Czy pamiętasz, kiedy ostatnio tak się czułeś?
Jeśli tak, co wtedy robiłeś?
Jeśli nie, to najwyższy czas, aby na nowo odkryć, co wywołuje szeroki radosny uśmiech na Twojej twarzy, co sprawia, że ​​twoja dusza tańczy, a życie płynie bez wysiłku!

Jeśli masz wrażenie, że jesteś chodzącym wrakiem, a nie żywym człowiekiem, a w najlepszym wypadku strzępkiem nerwów, to przecież nie sposób w jaki chcesz przeżyć swoje życie!

Wiesz, że chcesz czegoś lepszego!
Najlepsze jest to, że możesz to mieć. Naprawdę możesz mieć lepsze życie!

Zacznij od małego pojedynczego kroku. Ten krok to DZIEŃ RADOŚCI.
Pierwszy dzień twojego życia!

 

Please follow and like us:
error

Z cyklu kocham Australię. Perth.

Czy już mówiłam, że kocham Australię?

Czy już mówiłam, że kocham mieszkać nad oceanem? 
Pewnie mówiłam, ciężko powstrzymać się!!

kocham AU Perth AnnaGreenUp
Hillarys Boat Harbour, Western Australia

Ale czy zawsze tak było? 
Nie, nie zawsze tak było.

Pierwszy zachwyt, kiedy tu wylądowałam 8 lat temu, trwał z rok, może dwa lata. Co stało się później?

Stało się to, że wróciłam do starych schematów, które nigdy mi nie służyły (ale tego wtedy nie wiedziałam – ani czym te schematy były, ani, że znów je powtarzam).
Oczywistą konsekwencją (teraz dla mnie oczywistą) było, że “utknęłam” w sosie własnej dramatycznej interpretacji siebie i otaczającej rzeczywistości i każdego dnia czułam się coraz gorzej.

Coraz więcej było emocji takich jak zwątpienie, rozczarowanie, frustracja, żal, tęsknota, złość i im podobnych wypływających rzadko-gęstą kupą na powierzchnię brudnej, błotnistej rzeki o nazwie Strach.

Była też rutyna, nuda oraz narastające zmęczenie z przepracowania i obsesyjnej ucieczki w sport, żeby przed tym wszystkim uciec i zapomnieć. 

Takim brudem emanowałam, więc nie ma co dziwić się, że coraz mniej było “rozpędu”, osiągnięć i takiej prawdziwej organicznej radości z życia.
Zaczęłam też obwiniać sytuacje, otoczenie i innych za to, jak się czułam.

Świetna mikstura, żeby nie czuć się szczęśliwym, nawet mieszkając nad tym nieprawdopodobnie pięknym i magicznym cudem, jakim jest dla mnie Pacyfik!

Przyciągnęłam do siebie to, co komunikowałam na zewnątrz moimi emocjonalnymi sygnałami i tak zaczęła się moja naprawdę dłuuga impreza  australijska uwieńczona małżeństwem, a następnie jego końcem…

Oh boy!! Co tam się działo!!! 
Zostawmy to na inną opowieść, bo każdy rozdział jest osobną książką…

Z mojej postarzałej brakiem uśmiechu twarzy mogłam wyczytać, że niewiele życia tli się tak naprawdę w tym wysportowanym i silnym ciele…

Całe szczęście ja życie kocham, więc zaczęłam go szukać.

Na szczęście był taki moment, w którym poczułam bardzo mocno, że więcej brudu nie zniosę, bo nie starczy mi na to sił.

Zaczęłam bardzo intensywnie pracować nad tym, żeby zrozumieć i zmienić perspektywę. Dzień po dniu, lekcją za lekcją.
Dużo prób, wiele z nich nieudanych i poczucie porażki, na którego mazistej powierzchni cofałam się poślizgiem o miesiące, a nawet lata wstecz…
Lekcje powracały. Konsekwentnie pukając mnie w głowę i pytając

“halo? nauczysz się wreszcie, czy już zawsze chcesz żyć w Dniu Świstaka??”

Trochę czasu i dużo wysiłku zajęło mi, żeby zacząć lekcje traktować jako lekcje (a nie porażki; swoją drogą porażka to dziwne słowo, jakieś sztuczne mi się wydaje), wyciągnąć wnioski, nauczyć się i zmienić.

To wymaga 100% szczerości w stosunku do samego siebie i zrzucenia jakiejkolwiek maski. Tylko naga prawda.

Przyznanie się przed samym sobą do prawdy o tym jakim jesteś, a nie jakim chcesz się widzieć wymaga ogromnej odwagi.

Wierz mi, że niezależnie, jak to boli w procesie nauki, to Opłaca się.
100%!

Jestem bezgranicznie wdzięczna za każdą lekcję, bo wszystko zaczęło być łatwiejsze. Życie stało się życiem!

Australia stała się znów Australią.

Dobra, Australia zawsze była sobą, to ja ją znów zobaczyłam tak piękną, jaka jest 🙂

I od razu zachciało mi się zobaczyć jej więcej i więcej, więc zaczęłam zwiedzać.

Zapraszam na krótką opowieść fotograficzną z Perth!

Temperatura nocnego powietrza w Perth nieco zaskoczyła moje rozpieszczone gorącym Queensland ciało.

Ale już wcześnie rano nie miało to żadnego znaczenia, bo byłam na promie do absolutnie odjazdowej Rottnest Island, w której zakochałam się zanim postawiłam na niej zmarzniętą stopę!

Geordie Bay, Rottnest Island, Western Australia
Geordie Bay, Rottnest Island, Western Australia

Wyspa duża nie jest i można ją zwiedzać na rowerze, nawet trzeba.

Trochę napedałowałyśmy się z Satoko (moją Japońska koleżanka, u której zatrzymałam się), bo wyspa nie jest płaska…

Warto też pamiętać, że to, że jest z górki, wcale nie oznacza, że to tam masz właśnie jechać 😉

Dzięki temu, że obie bardzo ochoczo jeździłyśmy z górki, najeździłyśmy się duuużo i zwiedziłyśmy wyspę lepiej niż większość innych turystów 😉

Pink Salt Lakes, Rottnest Island, Western Australia
Pink Salt Lakes, Rottnest Island, Western Australia

Dla wyjaśnienia czemu mam na sobie 3 kurtki i nadal biegam w japonkach – bo to jest bardzo po australijsku!

Ludzie noszą je nawet zimą i mimo, że nie zawsze jest mi gorąco w palce, ja teraz już też tak robię.
W końcu fajnie jest wejść bosą stopą do oceanu!!

Pływać jest jeszcze fajniej, więc zdjęłam warstwy i poszłam pływać w bajkowo czystej wodzie!
Kilka części ciała odmarzało mi ponad godzinę, ale czy miało to znaczenie w obliczu widoków i przeżyć? Nie miało 🙂

Porpoise Bay, Rottnest Island, Western Australia
Porpoise Bay, Rottnest Island, Western Australia

Następny dzień spędziłyśmy głównie na zwiedzaniu ogromnego Perth.

Niecały tydzień oczywiście nie wystarczył, żeby wszystko zobaczyć, chociaż starałam się do odcisków na moich dzielnych stopach!,

Zaczęłyśmy od City położonego nad imponującą Swan River (co za rzeka! wspaniałe widoki i delfiny!),

Perth City, widok z Kings Park, Western Australia
Perth City, widok z Kings Park, Western Australia

a wieczorem zabrałyśmy psa i poszłyśmy podziwiać fantastyczny zachód słońca nad Oceanem Indyjskim.

Perth, Indian Ocean Anna Stan
Sunset by the Trigg Beach, Western Australia

Jest fragment Perth, który urzekł mnie niemal tak, jak Rottnest Island, więc opowiem o nim z radością w osobnym poście.

Fremantle.

Fremantle, Western Australia
Fremantle, Western Australia

Do usłyszenia!

 

Please follow and like us:
error

„GC bubble” i inne bańki w życiu. Udane życie, czy porażka?

Bubble, czyli bańka. Taka mydlana, kolorowo urzekająca bańka, bajka…
Lub po prostu bajka, w którą wierzysz…

Czy uważasz swoje życie za udane?

Czy można cokolwiek oceniać bez określenia wcześniejszych kryteriów?

Miałam dużo szczęścia w życiu.
Jak spojrzę wstecz na te wszystkie lata, widzę jakie niesamowite było i jest moje życie.

Właściwie było tego wszystkiego tak dużo, że często mam wrażenie,  iż miałam tych żyć kilka w tym jednym…

Lata doświadczeń i czasem nauki, a czasem brnięcia dalej przez wyuczone (i zupełnie mi niepotrzebne) schematy z uporem szaleńca.

Brzmi znajomo?

Podobno jedna z definicji szaleństwa mówi, że szaleństwem jest ciągle robić to samo oczekując różnych rezultatów…

Było nie tylko szaleństwo, była była też nauka. Bardzo dużo nauki.
Były “wieczory długie i złe, krótkie dnie”, długie noce. Było wszystko.

Skąd czasem pojawiał się niesmak frustracji, niespełnienia, braku sukcesu?

Wobec braku kryteriów ta sama sytuacja może być fantastyczną okazją w jednej minucie, by zamienić się w ból istnienia i brak poczucia sensu w życiu już minutę później.

Przecież to nie ma sensu…

I jak dziś myślę o tych moich “niespełnieniach”, to wiem, że często kryteriów nie ustalałam wcześniej.

Mało tego, kiedyś moje emocje dyktowały mi, co mam myśleć.
Nie rozumiałam, że to emocje i nie widziałam schematów – w jakich sytuacjach te emocje czuję. I co to oznacza?

Wierzyłam, że to, co myślałam jest rzeczywistością.

I żyłam w takiej rzeczywistości, którą sobie wymyśliłam…

Można sobie wmówić, że się nie ma wystarczająco dobrego życia, nawet jak człowiek budzi się do bajkowego wschodu słońca nad brzegiem Pacyfiku?
Można.

Można obudzić się wyspanym, zdrowym i świetnie się czując, by po kilkunastu sekundach utonąć w natłoku niedorzecznych myśli i sp…yć sobie dzień dając się temu nurtowi ponieść?
Można.

Mój umysł, Twój umysł, ludzki umysł tak jest skonstruowany, że myśli ciągle.

Całe szczęście jest on nieograniczenie kreatywny i jeśli postawisz mu zadanie to on znajdzie najświetniejsze rozwiązania, żeby je wykonać.
Ale uważaj.

Jeśli nie wyznaczysz umysłowi zadania, na którego wykonaniu Tobie zależy, Twój umysł będzie produkował wszystko i nic nie dając Tobie konkretnych rozwiązań (przecież nie zna zadania!), a jedynie potoki nieogarniętych myśli.

Wiele z tych myśli będzie podszyta strachem (jedną z najpotężniejszych ludzkich emocji) i jeśli w porę nie zorientujesz się, zanim się obejrzysz, będziesz tonąć w w bagiennej rzeczywistości, której sam jesteś autorem.

Co się stanie jak zatrzymasz ten rwący potok myśli (UWAGA- wielkie słowo –medytacja świetnie rozprasza taki potok w nicość) i zrozumiesz, że to były tylko myśli?

Otworzysz oczy i zobaczysz, że rzeczywistość nie jest bagienna i właściwie to masz naprawdę z czego cieszyć się w życiu.
Na pewno masz. 

Wypisz teraz 15 powodów, dla których uważasz, że Twoje życie jest udane.
Przestań czytać, koniecznie zapisz te 15 powodów i przeczytaj je na głos.

Powodem może być coś tak prostego jak to, że rano obudziłeś się zdrowy.
Wiesz ile ludzi nie budzi się już wogóle?

Na pewno z łatwością znajdziesz tą piętnastkę.

Każdy z nas ma więcej niż 15 powodów w danej chwili, żeby być wdzięcznym za własne życie.
To jest świetny punkt startowy, żeby uczynić je jeszcze lepszym i pełniejszym!

Ja mam to szczęście, że lubię rozumieć rzeczy.
Świat jest fascynujący, a Człowiek jest jego przejawem w mniejszej skali (A może wcale nie mniejszej? W końcu wszystko jest względne) i też mnie fascynuje!
Z ciekawością i dociekliwością naukowca badam od lat jak człowiek działa. Jak działa moje ciało, w jaki sposób jest połączone ze stanem umysłu, czym jest nasz umysł i jak działa, czym jest świat emocji i jak wpływa na moją percepcję i działania i tak dalej- mogę bez końca. Pytań nigdy nie brakuje.

To właśnie sprawiło, że nigdy nie przestałam się uczyć.

Dzień po dniu zbudowałam swoją rzeczywistość na nowo.

Ona niedawno runęła w wyniku wielu eksperymentów, które przeprowadziłam w krótkim czasie.

Zbudowałam ją znowu, nadal buduję.
Jestem jeszcze lepszym projektantem.

Człowiek ma w sobie dużo siły.

Czasem o tym zapominamy, ale to nie powód, żeby w siebie wątpić i poddać się.

Wręcz przeciwnie, im słabszy się czujesz, tym więcej pracy musisz włożyć, żeby odzyskać własną siłę.

Trenujesz się  dokładnie tak, jak trenujesz na nowo mięśnie, które mało używane osłabły. Rezultat jest taki, że tak, jak i mięśnie stajesz się silniejszy niż kiedykolwiek byłeś.

7 kwietnia 2017

Moment prawdy…

Mieszkam nad brzegiem Pacyfiku. W Miami, na marginesie – już sama nazwa dobrze i obiecująco brzmi!

Niemal codziennie oglądam nieprawdopodobnie piękne i majestatyczne wschody słońca nad oceanem i płonące jego zachody nad górami, spaceruję bosą stopą po czystym piasku “Gold Coastowych” plaż, a jak po prostu zwyczajnie chce mi się siku, to na każdym kroku jest (zazwyczaj bardzo czysta) publiczna toaleta, nawet prysznicy wzdłuż plaż w bród.

Właściwie to latem mogłabym zaoszczędzić na czynszu i mieszkać w samochodzie.

Większą część roku jest tu ciepło i słonecznie.
Co prawda zdarzy się w porze tropikalnych cyklonów coś ciężkiego czasem (w tym roku nazywał się niewinnie Debbie, ale nie był niewinny…), ale ja zawsze byłam bezpieczna, przerażona, ale bezpieczna.

Serio, to miejsce jest odjechane! Insanely beautiful!  Tu jest po prostu idiotycznie pięknie!

Przez większą część roku można pływać w oceanie.

M O Ż N A pływać w ciepłej wodzie oceanu w grudniu!! Halo!?!

Ludzie surfują (szacunek), robią jogę albo siedzą w barach śmiejąc się tak jakoś radośnie, śmiesznie. I to są zazwyczaj naprawdę fajni ludzie.
Nawet radia słuchać tutaj lubię, bo rozmowy jakie uskuteczniają ze sobą na żywo sprawiają często, że ryczę ze śmiechu ledwo prowadząc auto po lewej stronie drogi.
Ale…

Ale jakoś znowu mi ciasno pod tym tęczowym opiekuńczym australijskim parasolem (czy jak wolicie w bańce), który jednocześnie doceniam i cieszę się jak ze skarbu, że go mam.

Chce mi się jechać i jednocześnie nie chcę wyjeżdżać.  

Nie chcę wyjeżdżać, bo wreszcie lubię miejsce, w którym mieszkam.
Jestem zakochana w Australii. Nadal.

Lubię, gdzie mieszkam. Mieszkam w odjechanym miejscu!
Lubię też mieć swoje łóżku, przestrzeń, własne książki na półce, stół nakryty obrusem materiałów do nauki i tych, mojej produkcji i lubię moje tysiąc jeden drobiazgów, które sprawiają, że czuję, że wracam do domu.

Naprawdę fajnie mieć dom…

Do nie tak dawna mówiłam, że jak będę duża i bogata to go sobie kupię. Dopiero do mnie dotarło, że ja już jestem duża…

Bogata też. Bogata w doświadczenia, które zdobyłam w znacznej liczbie w ciągu mojego niemal już trzydziestoletniego  sprintu do mety, której nawet nie znałam wcześniej.

Serio? Kto słyszał o takim dystansie sprinterskim??!

Nic dziwnego, że wreszcie zmęczyłam się.
Dużo mnie to kosztowało, ale też wyciągnęłam wnioski.

Nie przestawałam uczyć się, więc dużo wniosków wyciągnęłam…

Wiem na przykład, że muszę już wiedzieć , gdzie ta meta i co na mnie tam czeka, bo przecież inaczej zabłądzę i jej nie znajdę!

Jak już ustaliłam miarę, jaką mierzę własne życie, to wyszło mi jasno czego nie mam, a mieć chcę.

Zastanawiam się jak do tego dojść, zamiast być rozczarowaną, że nie mam, ale w sumie to nie wiem czego…

Wyszło mi też bardzo jasno, co mam, co osiągnęłam i za co jestem bezgranicznie wdzięczna każdego dnia.

To akurat było łatwiejsze, bo wdzięczna za moje życie i co mam jestem już od dawna, tylko jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, że sama to sobie zorganizowałam!

Co chcesz osiągnąć i dlaczego chcesz to osiągnąć?

Jeśli umiesz odpowiedzieć sobie na te pytania w dowolnym momencie jesteś zwycięzcą!
Wiesz dokąd zmierzasz i wiesz dlaczego akurat tam!

Jak już wiesz co chcesz osiągnąć i masz do tego silną motywację
(dlaczego chcę to osiągnąć?), zmiana jest jednym  z fantastycznych narzędzi do osiągnięcia celu.

Dlaczego świetnie jest zagłębiać się w ścieżki życia, na które nie jesteś przygotowany?

Bo i tak jesteś na to gotowy.

Zmiana jest konieczna, nawet jak nie czujesz się na nią gotowy.
Możesz nigdy nie poczuć się gotowy i zawsze już będziesz tkwić w tym samym punkcie. Brak rozwoju to zastój, a zastój to umieranie. I strach.


Jak już pisałam, miałam dużo dużo szczęścia w życiu.

Miałam przywilej  urodzić się z tą niesamowitą, niepohamowaną miłością i chęcią do życia i nauki, która zawsze sprawiała, że mogłam i mogę i chcę biec dalej.
To ta miłość sprawia, że ciągle mi się wydaje, że to właśnie za tym zakrętem będzie główna wygrana…

Miałam niesamowite życie do dziś i myślę, że czeka na mnie więcej.

Tylko muszę zmienić dyscyplinę na marszobiegi na orientację, a nie sprint na oślep…

Z tej orientacji wychodzi mi, że muszę znów stąd wylecieć.

Czasem jest tak, że trzeba zostawić to, co kocha się bardzo mocno, żeby doświadczyć więcej i rozwinąć skrzydła w życiu jeszcze szerzej…

 

AnnaGreenUp Gold Coast

GC Bubble odjazdowo piękna, jak tęcza, znów niedługo zniknie…

Please follow and like us:
error