Jeden dzień życia z ADHD.

2 września 2018

Jeden dzień życia z ADHD.

Budzisz się i masz wrażenie, że nadal jest wczoraj, że nic się nie uspokoiło, że w ogóle nie spałaś (poniekąd masz rację, bo jest 3:30 rano), oczy szeroko otwarte, masz wrażenie, że pod skórą płynie prąd o natężeniu tysięcy wolt (wielu tysięcy).

Głęboko oddychasz, co najmniej 10 razy, żeby nie zerwać się by biec, żeby zapanować nad tym chaosem, który nie zaczął się jeszcze (a jednak już się zaczął, a właściwie nigdy nie skończył).

Jak już się nieco uspokoisz, stwierdzasz radośnie, że w sumie fajnie, że jest tak wcześnie, bo zdążysz zrealizować wszystkie pomysły, które już ledwo mieszczą się w Twojej głowie.

Chwilę udajesz, że walczysz ze sobą, ale jednak „przegrywasz” i idziesz zrobić kawę (czy wspomniałam, że już zdążyłaś posprzątać łazienkę i nastawić pranie, a czasem tez ugotować obiad?).
Co z tego, że jest 4 rano? 

Przyznajesz w głębi, że kawa nie jest „najświetniejszym” z Twoich pomysłów, ale jednocześnie usprawiedliwiasz się przed samą sobą, że przecież nie raz udało Ci się naprawdę skoncentrować na czymś w 100% po wypiciu kawy rano.

Do godziny 9 rano zdążyłaś napisać artykuł, pójść na spacer połączony z medytacją i  wykonać plan treningowy, z którym większość ludzi ma problem przez tydzień.

Zaczynasz być głodna. Super, czas na śniadanie! Uspokoiłaś się na tyle, że masz już miejsce, żeby coś zjeść.

I jeszcze bardziej super, że jest dopiero 9, więc masz cały dzień, żeby zrobić jeszcze więcej fajnych rzeczy plus masz też czas na te „inne” rzeczy (mniej lub zupełnie niefajne).
I już zaczynasz kombinować jak wcisnąć do tego planu coś, co robisz najlepiej (sport) – pójść na basen, rower, pojechać w góry lub zrobić niezaplanowany trening siłowy (to ostatnie to akurat wiesz- niezaplanowany trening siłowy to durny pomysł, ale przecież co to dla Ciebie?).

O 10 (w ogóle nie zauważyłaś, że zjadłaś śniadanie i zastanawiasz się, czy nadal jesteś głodna, czy jadłaś, a może to było wczoraj…) jesteś już kompletnie mentalnie wykończona, od tego planowania i setek pomysłów (w głowie już je wszystkie zrealizowałaś i zaplanowałaś nowe…), ale nadal gotowa do działania, wiec idziesz i robisz to co jest najłatwiejsze i Ciebie nie przygniata- w moim wydaniu sport i ruch.

Na marginesie- dzień, kiedy idziesz do pracy, wszystko wygląda podobnie plus to, że kilka godzin masz wyjęte z życia, bo idziesz do pracy.

Około pierwszej po południu (dzień bez pracy), wydaje Ci się, że minął tydzień od kiedy obudziłaś się. Ale rozumiesz, że to nieprawda i masz jeszcze tyle godzin, żeby zrobić fajne rzeczy.
Lub zrobić te niefajne i czuć się ok, że dałaś radę te nieciekawe i kompletnie bezsensownie nudne rzeczy zrobić.
Później jesteś nawet zadowolona, że taka byłaś silna, żeby to cholerstwo „wypchnąć”.

W kalendarzu masz zaplanowane podlanie ogródka koleżance (pewnie pojedziesz rowerem, bo nie usiedzisz w samochodzie, no i będzie ładniejsza trasa, jak rowerem), spotkanie autorów w bibliotece, klienta na masaż, jogę wieczorem i zastanawiasz się, czy wolisz pójść później na spacer, czy może do kina (jedno i drugie Ciebie uspokaja).
Wtedy dzwoni telefon. Szef pyta, czy nie chciałabyś popracować kilka dodatkowych godzin. Jasne, że chcesz!

W międzyczasie przypominasz sobie, że żeby coś zjeść musisz to ugotować, więc w biegu pędzisz do domu zająć się tym.

Krojąc jarmuż myślisz o mięśniach, które „obsługują” staw barkowy i nie możesz sobie przypomnieć do czego jest przyczepiony mięsień piersiowy mniejszy, więc w czasie jak kroisz ten jarmuż i już drugą ręką starasz się mieszać przypalający się na patelni czosnek, „idziesz” w głowie do pokoju po książkę, żeby ten mięsień piersiowy zanalizować.

Zanim faktycznie poszłaś po tą książkę odcięłaś sobie kawałek kciuka (całe szczęście tym razem to tylko powierzchowne), który teraz krwawi, więc szukając książki szukasz też plastra, bo nie chcesz własnej krwi w zupie. Czosnek dalej się przypala…

Udało się, sytuacja opanowana, wiesz już wszystko o mięśniu piersiowym (i kilku innych) i co nieco na temat refleksologii, na przykład, które punkty na stopie odpowiadają za nerki, a które za wątrobę -to w międzyczasie też przykuło Twoją uwagę.

Nie pamiętasz faktu jedzenia, bo Ciebie przecież przy tym nie było, więc nie wiesz, czy jesteś głodna, ale na pewno spóźniona, więc pędzisz podlać ten ogródek.

Nadchodzi wieczór. I co teraz??? Jesteś już zmęczona ciągłą analizą każdej sytuacji Twojej i innych w co najmniej 11stu tej sytuacji aspektach, jesteś zmęczona tym, że czujesz, że stać Ciebie na dokonanie niesamowitych rzeczy, ale jednocześnie wszystko zaczyna Ciebie przerastać, bo na żadnej z tych rzeczy nie umiesz skupić się dostatecznie długo, żeby coś skończyć.

Czujesz też w mięśniach, że jest takie prawdopodobieństwo, że jesteś też zmęczona fizycznie, ale nadal niespokojna od przygniatających Ciebie rozpędzonych pociągów myśli, więc jednak idziesz na spacer.

Wśród natury uspokajasz się, jest tyle szczegółów, które przykuwają Twoją mimowolną uwagę, że uwaga dowolna ma moment wytchnienia, a Ty masz szansę na chwile spokoju.

Idziesz i myśli układają się w sensowny obraz.

Na przykład nagle jasno rozumiesz, że jeśli coś Ciebie mega interesuje, umiesz skupić się i całkowicie dać temu pochłonąć.

Jeśli coś Ciebie mega interesuje, możesz  zapamiętać informacje, możesz coś zaprojektować, lub stworzyć.
Jeśli tylko materiał poznawczy jest dostarczony w sposób zrozumiały dla Ciebie.
Na pewno nie może być liniowy. Liniowy to śmierć na miejscu.
Twój mózg projektuje mapy myśli, nie ma czegoś takiego jak jedna ścieżka.

Dla Ciebie nie ma czegoś takiego jak „thinking outside of the box”.
Dlaczego?

Dlatego:
“What is the box?? There is NO box!!!”

No właśnie…

Ale wróćmy do wieczoru tego samego dnia.
Wróciłaś do domu ze spaceru i pora, żeby pójść spać, ale co teraz?
Spać to akurat niekoniecznie, bo właśnie przeżywasz tydzień na mega haju (naturalnym poniekąd – wyprodukowanym przez Twój super mózg) i zamknięcie oczu jakoś Ci nie wychodzi.

Książka? Jasne, poczytajmy, świetny pomysł!
Taaak… Nawet jak usiądziesz i „przeczytasz” (czytaj: przerzucisz, nie pamiętając, co przeczytałaś), ileś tam stron, to co z tego? Ile czasu musisz „przerzucać” w przód i tył, żeby wreszcie zacząć czytać?? I po co?

Ale! Jeśli takie coś brzmi dla Ciebie znajomo, to jest światło w tunelu!
Znajdź książkę, która, jak spacer po górach lub nurkowanie pochłonie całkowicie Twoją uwagę.
Inną, taką książkę, w której magiczny świat możesz przenieść się bez nadmiernej analizy.

Jak takiej nie mam pod ręką, to d…a blada.
Herbatki ziołowe na spanie są fajne, nawet smaczne, mimo, że zawsze robię je w dawce przynajmniej 3krotnie silniejszej niż inni, ale, żeby pomogły ze spaniem? Hahahahaha

To ja w odpowiedzi, po latach takiego życia „wynalazłam” strategie, które mi pomagają „zejść z haju” i wyciszyć wszystko. Ale o tym zaraz.

Żeby nie było złudzeń- stres, frustracja, zmęczenie i kiepski nastrój narastają z każdym dniem, jak nie wiesz co się z Tobą dzieje, nie wiesz, że masz ADHD i po prostu nie możesz wpasować się w zwykłe normy i zwykłe życie, bo biologicznie i chemicznie Twój mózg nie jest do tego zdolny.

Twój mózg jest za to zdolny do wyprodukowania wspaniałych rzeczy, ale nie pozwalasz mu.

Myślisz, że jednak skończysz ten durny kurs, który Ciebie kompletnie nie interesuje i jest nuuuudny jak (…), ale skończysz go, te kwalifikacje otworzą drzwi do „lepszej” pracy. Powodzenia!

Zanim przebrniesz przez pierwszą część tego żmudnego, powtarzającego się zadania, masz ochotę utopić się, zniknąć, zapomnieć, że coś tak obrzydliwego właśnie robiłaś przez ostatnie kilka godzin w bibliotece.

Owszem, trochę jesteś zadowolona, że taka byłaś dzielna, znalazłaś sposoby, żeby przez te godziny przebrnąć z uśmiechem i nie denerwować się, ale jesteś wykończona i masz ochotę walić głową w ściany.

Twój mózg jest głodny. Bardzo, bardzo głodny i domaga się czegoś, co go będzie stymulowało i pozwoli wykorzystać potencjał.

Ale Ty próbujesz to „przykryć” i udajesz, że się nie dzieje.
Do czasu.

Do czasu kiedy wszystko się zawala, stwierdzasz, że nie wiesz jak przeżyć swoje życie i przypominasz sobie, że nic nie skończyłaś w życiu, za to zaczęłaś bardzo dużo i czujesz się samotna, przygnieciona, sfrustrowana i masz już wszystkiego dość…

To jakie te strategie?
Fatalne dla zdrowia.

Na przykład kieliszek czegoś mocnego. Tak właśnie, nie boję się przyznać, bo taka ciężka prawda.
Jeden lub 2 sprawiają, że wszystko nagle cichnie, uspokajam się i mogę skupić na jednej rzeczy i ją skończyć.
Valium i mu podobne. Tak, to też “działa”.

W końcu świat wygląda normalnie”, ja jestem spokojna, mogę oddychać, nie jestem już przygnieciona armią rozpędzonych rakiet myśli i mogę spać. Złudny ten sen, ale po tygodniu niespania lepszy taki niż żaden.

Medytacja, joga, techniki oddechowe, akupunktura.
Tak, jasne, że to też. Bez nich w ogóle nie wyobrażam sobie jak mogłabym funkcjonować, ale są takie momenty, że to wszystko jest cholernie trudne.

Kosztuje za dużo wysiłku gdy już jesteś w stanie, kiedy masz kompletnie wszystkiego dosyć i po prostu chcesz móc nic nie robić i zapomnieć o wszystkim.

Dieta jest ważna.
Jak ktoś mi powie, że mam jeść „complex carbohydrates” (węglowodany złożone), bo rano skończyłam trening, to nie wiem, czy mu nie dam w szczękę, bo jak ja zjem takie danie, to oszaleję.
Na takim paliwie czuję się jak bomba, która ma za chwilę wybuchnąć (nie wiem jak się czuje bomba, ale ja tak się właśnie czuję) o ile nie znajdzie gdzieś szybko miejsca, żeby biegać sprinty, dopóki nie przestanie tykać…

Lepiej się czuję na lekkim głodzie i jedząc białko i tłuszcz w głównej mierze i tylko czasem więcej węglowodanów, jak czuję, że organizm już domaga się takiego paliwa i od niego nie wybuchnę.

No i tak to jakoś wygląda… Wyglądało do tej pory przynajmniej.

Zbliżam się do 40stki, dopiero dowiedziałam się, że mam ADHD i zaczęłam studiować co to jest i teraz całe moje życie nagle ma sens.

Wszystko układa się w całość.

Mam poczucie, że tym razem wreszcie mi się uda, bo nie jest tak, jak już zaczęłam myśleć, że coś jest ze mną nie tak.
Mam po prostu super moc i rozumiejąc ją coraz lepiej muszę teraz nauczyć się jak żyć, żeby nią zdrowo dla siebie zarządzać.

I może coś wreszcie w życiu osiągnąć.

Ania Stan ADHD super power

Please follow and like us:
error

„GC bubble” i inne bańki w życiu. Udane życie, czy porażka?

Bubble, czyli bańka. Taka mydlana, kolorowo urzekająca bańka, bajka…
Lub po prostu bajka, w którą wierzysz…

Czy uważasz swoje życie za udane?

Czy można cokolwiek oceniać bez określenia wcześniejszych kryteriów?

Miałam dużo szczęścia w życiu.
Jak spojrzę wstecz na te wszystkie lata, widzę jakie niesamowite było i jest moje życie.

Właściwie było tego wszystkiego tak dużo, że często mam wrażenie,  iż miałam tych żyć kilka w tym jednym…

Lata doświadczeń i czasem nauki, a czasem brnięcia dalej przez wyuczone (i zupełnie mi niepotrzebne) schematy z uporem szaleńca.

Brzmi znajomo?

Podobno jedna z definicji szaleństwa mówi, że szaleństwem jest ciągle robić to samo oczekując różnych rezultatów…

Było nie tylko szaleństwo, była była też nauka. Bardzo dużo nauki.
Były “wieczory długie i złe, krótkie dnie”, długie noce. Było wszystko.

Skąd czasem pojawiał się niesmak frustracji, niespełnienia, braku sukcesu?

Wobec braku kryteriów ta sama sytuacja może być fantastyczną okazją w jednej minucie, by zamienić się w ból istnienia i brak poczucia sensu w życiu już minutę później.

Przecież to nie ma sensu…

I jak dziś myślę o tych moich “niespełnieniach”, to wiem, że często kryteriów nie ustalałam wcześniej.

Mało tego, kiedyś moje emocje dyktowały mi, co mam myśleć.
Nie rozumiałam, że to emocje i nie widziałam schematów – w jakich sytuacjach te emocje czuję. I co to oznacza?

Wierzyłam, że to, co myślałam jest rzeczywistością.

I żyłam w takiej rzeczywistości, którą sobie wymyśliłam…

Można sobie wmówić, że się nie ma wystarczająco dobrego życia, nawet jak człowiek budzi się do bajkowego wschodu słońca nad brzegiem Pacyfiku?
Można.

Można obudzić się wyspanym, zdrowym i świetnie się czując, by po kilkunastu sekundach utonąć w natłoku niedorzecznych myśli i sp…yć sobie dzień dając się temu nurtowi ponieść?
Można.

Mój umysł, Twój umysł, ludzki umysł tak jest skonstruowany, że myśli ciągle.

Całe szczęście jest on nieograniczenie kreatywny i jeśli postawisz mu zadanie to on znajdzie najświetniejsze rozwiązania, żeby je wykonać.
Ale uważaj.

Jeśli nie wyznaczysz umysłowi zadania, na którego wykonaniu Tobie zależy, Twój umysł będzie produkował wszystko i nic nie dając Tobie konkretnych rozwiązań (przecież nie zna zadania!), a jedynie potoki nieogarniętych myśli.

Wiele z tych myśli będzie podszyta strachem (jedną z najpotężniejszych ludzkich emocji) i jeśli w porę nie zorientujesz się, zanim się obejrzysz, będziesz tonąć w w bagiennej rzeczywistości, której sam jesteś autorem.

Co się stanie jak zatrzymasz ten rwący potok myśli (UWAGA- wielkie słowo –medytacja świetnie rozprasza taki potok w nicość) i zrozumiesz, że to były tylko myśli?

Otworzysz oczy i zobaczysz, że rzeczywistość nie jest bagienna i właściwie to masz naprawdę z czego cieszyć się w życiu.
Na pewno masz. 

Wypisz teraz 15 powodów, dla których uważasz, że Twoje życie jest udane.
Przestań czytać, koniecznie zapisz te 15 powodów i przeczytaj je na głos.

Powodem może być coś tak prostego jak to, że rano obudziłeś się zdrowy.
Wiesz ile ludzi nie budzi się już wogóle?

Na pewno z łatwością znajdziesz tą piętnastkę.

Każdy z nas ma więcej niż 15 powodów w danej chwili, żeby być wdzięcznym za własne życie.
To jest świetny punkt startowy, żeby uczynić je jeszcze lepszym i pełniejszym!

Ja mam to szczęście, że lubię rozumieć rzeczy.
Świat jest fascynujący, a Człowiek jest jego przejawem w mniejszej skali (A może wcale nie mniejszej? W końcu wszystko jest względne) i też mnie fascynuje!
Z ciekawością i dociekliwością naukowca badam od lat jak człowiek działa. Jak działa moje ciało, w jaki sposób jest połączone ze stanem umysłu, czym jest nasz umysł i jak działa, czym jest świat emocji i jak wpływa na moją percepcję i działania i tak dalej- mogę bez końca. Pytań nigdy nie brakuje.

To właśnie sprawiło, że nigdy nie przestałam się uczyć.

Dzień po dniu zbudowałam swoją rzeczywistość na nowo.

Ona niedawno runęła w wyniku wielu eksperymentów, które przeprowadziłam w krótkim czasie.

Zbudowałam ją znowu, nadal buduję.
Jestem jeszcze lepszym projektantem.

Człowiek ma w sobie dużo siły.

Czasem o tym zapominamy, ale to nie powód, żeby w siebie wątpić i poddać się.

Wręcz przeciwnie, im słabszy się czujesz, tym więcej pracy musisz włożyć, żeby odzyskać własną siłę.

Trenujesz się  dokładnie tak, jak trenujesz na nowo mięśnie, które mało używane osłabły. Rezultat jest taki, że tak, jak i mięśnie stajesz się silniejszy niż kiedykolwiek byłeś.

7 kwietnia 2017

Moment prawdy…

Mieszkam nad brzegiem Pacyfiku. W Miami, na marginesie – już sama nazwa dobrze i obiecująco brzmi!

Niemal codziennie oglądam nieprawdopodobnie piękne i majestatyczne wschody słońca nad oceanem i płonące jego zachody nad górami, spaceruję bosą stopą po czystym piasku “Gold Coastowych” plaż, a jak po prostu zwyczajnie chce mi się siku, to na każdym kroku jest (zazwyczaj bardzo czysta) publiczna toaleta, nawet prysznicy wzdłuż plaż w bród.

Właściwie to latem mogłabym zaoszczędzić na czynszu i mieszkać w samochodzie.

Większą część roku jest tu ciepło i słonecznie.
Co prawda zdarzy się w porze tropikalnych cyklonów coś ciężkiego czasem (w tym roku nazywał się niewinnie Debbie, ale nie był niewinny…), ale ja zawsze byłam bezpieczna, przerażona, ale bezpieczna.

Serio, to miejsce jest odjechane! Insanely beautiful!  Tu jest po prostu idiotycznie pięknie!

Przez większą część roku można pływać w oceanie.

M O Ż N A pływać w ciepłej wodzie oceanu w grudniu!! Halo!?!

Ludzie surfują (szacunek), robią jogę albo siedzą w barach śmiejąc się tak jakoś radośnie, śmiesznie. I to są zazwyczaj naprawdę fajni ludzie.
Nawet radia słuchać tutaj lubię, bo rozmowy jakie uskuteczniają ze sobą na żywo sprawiają często, że ryczę ze śmiechu ledwo prowadząc auto po lewej stronie drogi.
Ale…

Ale jakoś znowu mi ciasno pod tym tęczowym opiekuńczym australijskim parasolem (czy jak wolicie w bańce), który jednocześnie doceniam i cieszę się jak ze skarbu, że go mam.

Chce mi się jechać i jednocześnie nie chcę wyjeżdżać.  

Nie chcę wyjeżdżać, bo wreszcie lubię miejsce, w którym mieszkam.
Jestem zakochana w Australii. Nadal.

Lubię, gdzie mieszkam. Mieszkam w odjechanym miejscu!
Lubię też mieć swoje łóżku, przestrzeń, własne książki na półce, stół nakryty obrusem materiałów do nauki i tych, mojej produkcji i lubię moje tysiąc jeden drobiazgów, które sprawiają, że czuję, że wracam do domu.

Naprawdę fajnie mieć dom…

Do nie tak dawna mówiłam, że jak będę duża i bogata to go sobie kupię. Dopiero do mnie dotarło, że ja już jestem duża…

Bogata też. Bogata w doświadczenia, które zdobyłam w znacznej liczbie w ciągu mojego niemal już trzydziestoletniego  sprintu do mety, której nawet nie znałam wcześniej.

Serio? Kto słyszał o takim dystansie sprinterskim??!

Nic dziwnego, że wreszcie zmęczyłam się.
Dużo mnie to kosztowało, ale też wyciągnęłam wnioski.

Nie przestawałam uczyć się, więc dużo wniosków wyciągnęłam…

Wiem na przykład, że muszę już wiedzieć , gdzie ta meta i co na mnie tam czeka, bo przecież inaczej zabłądzę i jej nie znajdę!

Jak już ustaliłam miarę, jaką mierzę własne życie, to wyszło mi jasno czego nie mam, a mieć chcę.

Zastanawiam się jak do tego dojść, zamiast być rozczarowaną, że nie mam, ale w sumie to nie wiem czego…

Wyszło mi też bardzo jasno, co mam, co osiągnęłam i za co jestem bezgranicznie wdzięczna każdego dnia.

To akurat było łatwiejsze, bo wdzięczna za moje życie i co mam jestem już od dawna, tylko jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, że sama to sobie zorganizowałam!

Co chcesz osiągnąć i dlaczego chcesz to osiągnąć?

Jeśli umiesz odpowiedzieć sobie na te pytania w dowolnym momencie jesteś zwycięzcą!
Wiesz dokąd zmierzasz i wiesz dlaczego akurat tam!

Jak już wiesz co chcesz osiągnąć i masz do tego silną motywację
(dlaczego chcę to osiągnąć?), zmiana jest jednym  z fantastycznych narzędzi do osiągnięcia celu.

Dlaczego świetnie jest zagłębiać się w ścieżki życia, na które nie jesteś przygotowany?

Bo i tak jesteś na to gotowy.

Zmiana jest konieczna, nawet jak nie czujesz się na nią gotowy.
Możesz nigdy nie poczuć się gotowy i zawsze już będziesz tkwić w tym samym punkcie. Brak rozwoju to zastój, a zastój to umieranie. I strach.


Jak już pisałam, miałam dużo dużo szczęścia w życiu.

Miałam przywilej  urodzić się z tą niesamowitą, niepohamowaną miłością i chęcią do życia i nauki, która zawsze sprawiała, że mogłam i mogę i chcę biec dalej.
To ta miłość sprawia, że ciągle mi się wydaje, że to właśnie za tym zakrętem będzie główna wygrana…

Miałam niesamowite życie do dziś i myślę, że czeka na mnie więcej.

Tylko muszę zmienić dyscyplinę na marszobiegi na orientację, a nie sprint na oślep…

Z tej orientacji wychodzi mi, że muszę znów stąd wylecieć.

Czasem jest tak, że trzeba zostawić to, co kocha się bardzo mocno, żeby doświadczyć więcej i rozwinąć skrzydła w życiu jeszcze szerzej…

 

AnnaGreenUp Gold Coast

GC Bubble odjazdowo piękna, jak tęcza, znów niedługo zniknie…

Please follow and like us:
error

Równowaga.

Równowaga.
Taki życiowy oksymoron …
Słowo nadużywane, a jednocześnie niezrozumiałe.

16 Września 2016

Ostatnie 5 miesięcy w Polsce (całe szczęście z przerwami na małe podróże) i poniekąd „powrót na łono rodziny” to był dobry czas.

Bardzo mocna, bo skondensowana i trudna lekcja, za którą jestem wdzięczna, ponieważ pozwoliła mi zrozumieć i nauczyć się więcej o sobie samej poprzez oglądanie się w lustrze emocji moich bliskich, jak i moich reakcje na ich emocje i vice versa.

W naturalny sposób pojawiła się decyzja, żeby zmienić własne zachowania, które w tym lustrze również zobaczyłam, a które niekoniecznie mi się podobały.
Co postanowiłam, zaczęłam wprowadzać w życie od razu. Efekty były różne.

W końcu jestem człowiekiem…

Ale ciągle pamiętam i nadal staram się najlepiej, jak umiem.

Sporą część tego czasu w Polsce chciało mi się wyć, wrzeszceć, uciekać gdzie popadnie z bezsilności wobec zacietrzewienia rodziny i uporczywej walki ze mną o sprawy, które miały miejsce właściwie tylko w wyobrażeniach i oczekiwaniach (niespełnionych).

Były też łzy wzruszenia płynące w ciszy odosobnienia po moich zmęczonych walką policzkach, wdzięcznych za to, że mogły tego doświadczyć.

Chcę tą lekcję pamiętać zawsze.

Chcę na każdym kroku upewnić się, że nigdy nie zachowam się tak, jak nie lubię być traktowana.

Chcę włożyć 100% wysiłku i zaangażowania w proces samorozwoju i dążenia do bycia unikalną sobą, żeby nie powtarzać schematów rodzinnych.
Nie tylko chcę. Wkładam 100% pracy.

Łatwe?

Guzik, nie łatwe!

Wcale nie jest łatwe, bo czasem jest tak, że te wpływy są mocno wpisane w tkanki naszego ciała i praca, żeby się tego pozbyć jest kolosalna!

Spotkanie z najbliższą rodziną to fantastyczna okazja i niemal bezgraniczne pole nauki o sobie, jeśli tylko chce się i umie obserwować własne emocje i zachowania.

Potem konieczna jest praca. Trzeba od tych emocji zdystansować, to nie emocje określają kim jesteśmy. Nie ma żadnego sensu przywiązywać się do nich, czy też je pielęgnować.

Zadaniem bardzo trudnym w danym momencie, ale też najprzyjemniejszym w całym rozliczeniu, jest po prostu „puszczenie emocji wolno”. Jak balonik wypełniony helem. Puszczasz i leci, leci, leci daleko unoszą ze sobą wszystko, czego już nie chcesz, choć może w danej chwili wydaje się Tobie, że jest inaczej.

Czasem jesteśmy w tej rzadkiej i „komfortowej” sytuacji, że tak po prostu umiemy „puścić wolno” gniew, złość i frustrację grubo podszyte strachem przed czymś.

Czasem niestety musimy temu stawić czoła (szczególnie, jeśli nie wiemy, przed czym ten strach powodujący inne ciężkie emocje)…

Jedna i druga droga jest trudna, ale też konieczna do rozwoju i znalezienia większej łatwości i radości w życiu.

Niezależnie od tego, w jaki sposób, trzeba uwolnić się od powracających emocji ciągnących za sobą jarzmo reakcji, które są niekontrolowane i nie służą nam w życiu wcale.

Jeśli emocje będziemy nadal chować do środka (mówię nadal, bo tam i tak już zdążyliśmy dużo pochować w ciągu naszego dotychczasowego życia), to nie tylko nasze ciało na to odpowie urazami i chorobami, ale też nadal będziemy „popełniać” te same zdarzenia, a po co, jak życie może być prostsze?

W ciągu tego pobytu w Polsce – lekcji- moje ramiona przesunęły się do przodu, jakby ściągnięte przez zapadającą się klatkę piersiową, a górna warga stała się wąską kreską.

Te głęboko pogrzebane emocje i przekonania też trzeba będzie uwolnić – przecież nie ma sensu zamknięcie samej siebie w więzieniu tak ponurego cmentarzyska.

Cieszę się na nowe.

Zmiana i nowe to świetne narzędzie do samorozwoju.

(2 kwietnia 2017)

Pozostanie w miejscu, małżeństwie, pracy- w sytuacji życiowej, która nie jest dla nas łatwa, to też świetne narzędzie do samorozwoju.
Do momentu, kiedy zyski przewyższają koszty. Później konieczna jest zmiana.

W przeciwnym razie jest zastój.

A zastój jest wredny -nie sprawia, że wszystko po prostu zatrzymuje się. Wszystko umiera.

Zastój to powolna śmierć w męczarniach.

Wobec takiej alternatywy, człowiek nie ma wyjścia, próbuje i idzie do przodu. Czasem chwiejnie, ale idzie. Zazwyczaj…

Jeśli nie próbuje, to znaczy, że potrzebuje pomocy.
Potrzebuje drugiego człowieka.

Czasem jeden szczery, serdeczny uśmiech wystarczy.

Wystarczy, żeby zrównoważyć pustkę zastoju i pomóc drugiemu człowiekowi postawić pierwszy krok na przód.

Równowaga…

Piękny stan – nie za nisko, nie za wysoko. Po prostu w równowadze. Spokój. Radość. Życie.

Równowaga to skomplikowane słowo prawda? Ileż różnych znaczeń!

Więc jak to jest z tą pracą nad sobą?

Czy 100% mocy w pracy zwanej samorozwojem zaprowadzi do równowagi emocjonalnej i psychicznej?

Wątpię.

W zupie zwanej pięknie Życiem potrzeba też trochę innych przypraw!

Czasem trzeba po prostu zrobić coś fajnego, cokolwiek sprawia Ci przyjemność!

Obejrzeć głupi film, spotkać się z kumplem, zaśpiewać piosenkę tak, żeby sąsiedzi słyszeli, zjeść czekoladę albo zrobić 5 przysiadów na środku ulicy, bo akurat masz ochotę 😉 (ja bardzo lubię przysiady 😉 ).

Chyba chodzi o to, żeby życie było pełne.
Żeby po prostu było Życiem!

Please follow and like us:
error