How ya goin mate? czyli bieżące obserwacje międzykulturowe.

Obserwacje międzykulturowe, a raczej australijsko-polskie smaki, które mieszają się w moich komórkach tej pięknej australijskiej wiosny do złudzenia przypominającej mi polską jesień.

Ania Stan

Październik 2018

Może zacznę od tego, że nadal mieszkam na Gold Coast w słonecznym Queensland. To nadaje dodatkowego wyrazu mojej wiosennej potrawce z obserwacji międzykulturowych i podążających za nimi myśli.

Ania Stan

Słowa takie jak luz i swoboda nabierają na Gold Coast nowego znaczenia.

Sami popatrzcie na zdjęcie powyżej. To nie jest niecodzienny obrazek. To właśnie codzienność. Wysportowane piękne dziewczyny w krótkich fit-ubrankach i świetnie wyrzeźbieni australijscy piękni chłopcy (zazwyczaj tylko w szortach) kręcą się w okolicach plaży zawsze, niezależnie od pory roku i pogody.
Może zimą niektórzy z nich założą cienkie pianki, jak idą serfować lub koszulki, jak nie idą surfować. Nagie ciało ściele się gęsto przy strzeżonych plażach, ale są też długie pasy wybrzeża, gdzie żadne ciało nie ściele się (całe szczęście) i jest wspaniały widok. Czysta plaża z jasnym piaskiem, błękitne niebo i bezkres Pacyfiku.

Ania Stan

Ludzie odnoszą się do siebie nie tylko uprzejmie, ale zazwyczaj też przyjaźnie. Jasne, że nie zawsze i nie wszyscy tacy są, ludzie są ludźmi w końcu, niezależnie od końca świata…

Kłamać nie będę, jak masz tu w porządku pracę i swój przyzwoity kąt, życie na wybrzeżu jest bardzo przyjemne. Gold Coast jest śliczne, pogoda bardzo do życia, okolice bogate w różne atrakcje (a jak komuś za mało, może wsiąść w samolot i zwiedzić inne regiony), i łatwo rozmawiać z ludźmi na ulicy, wiek nie ma granicy! 70 i 80-ciolatkowie chodzą na siłownię, biorą udział w zawodach pływackich, jeżdżą na kempingi i prowadzą bogate życie towarzyskie. Wiadomo, że nie wszyscy, ale opis chyba oddaje obraz panującej tu atmosfery dość dobrze.

Oczywiście są i inne strony życia nad brzegiem Pacyfiku w uroczej miejscowości turystycznej, ale nie o tym dziś chcę opowiedzieć. Teraz nastąpi relacja kulturalno-kulturowa, w świetle powyższego wstępu.

Wczoraj poszliśmy do teatru. To była moja pierwsza wizyta w teatrze na Gold Coast, mimo, że mieszkam tu od 2009. Wygląda na to, że nie jest to popularna forma spędzania czasu wśród mieszkańców wybrzeża. Mam tutaj chyba tylko jednego znajomego, który zadeklarował, że jemu też teatru brakuje.

A brakuje, bo nie ma tu regularnie wystawianych sztuk.

Sporty wodne cieszą się zdecydowanie większą popularnością niż teatr i raczej nie powinno mnie to dziwić skoro sama wolę spędzać czas na świeżym powietrzu.

Ale są takie aspekty życia miejskiego, których mi na Gold Coast bardzo brakuje i myślę, że to uczucie pogłębia się każdej wiosny będącej zapowiedzią letnich mega upałów.

Świeże powietrze latem wcale nie jest takie świeże, jest gorące i lepkie, a czasem nawet parzy w cieniu, ocean to często ciepła zupa, o basenie nie wspomnę. Nawet woda z prysznica leci letnia, a czasem nawet ciepława.

Takie lato zaprasza mnie szeroko otwartymi spoconymi ramionami do odwiedzenia jakiegoś schronienia przed słońcem, które już od 4 rano działa z wigorem.

No więc ten teatr. Kupiliśmy bilety w ramach akcji charytatywnej i poszliśmy na muzyczne przedstawienie “We will rock you”, oparte na piosenkach Queen.

Teatr mały, bardzo nawet, po prawej od wejścia bar, po lewej toalety, a na wprost sala teatralna wypełniona stolikami, trochę jak w kawiarni.

Ania Stan

Idąc tam nie wiedziałam czego spodziewać się, więc ubrałam się formalnie-nieformalnie, dżinsowe szorty i biała koszula, dla przyzwoitości zamieniłam japonki na eleganckie sandały, zresztą jedyne, jakie mam.

I świetnie trafiłam, bo tak tu było – formalnie-nieformalnie. Inni ubrani byli podobnie i ogólnie panowała stonowana, ale swobodna atmosfera. Właściwie tego spodziewałam się i przyznam się, że w drodze zastanawiałam się, czy będą w tetrze mieli bar, bo w Australii jeszcze nie widziałam miejsca w jakiś sposób kojarzonego z rozrywką, w którym by baru nie było. Byłam też ciekawa, jak ludzie ubiorą się i będą się zachowywać.

Niespodzianek nie było większych, wszystko odbyło się w lekkiej australijskiej atmosferze.
Można było zamówić drinka i jakąś przekąskę, zabrać do stolika i używać pomiędzy oklaskami.

Oklasków, serdecznych i głośnych, było dużo.
Przedstawienie było wspaniałe.

Aktorzy świetni w swoich rolach, połączenie opowiadanej historii z muzyką Queen stanowiło harmonijną kompozycję, a samo wykonanie muzyczne – czapki z głów!
I ta choreografia!
Artyści byli idealnie zsynchronizowani w tańcu i śpiewie i niezwykle sprawni w ruchach, a kostiumy (często skąpe w materiał) leżały na nich, jak  własna skóra. Niezależnie od swoich rozmiarów każdy z wykonawców prezentował się rewelacyjnie.

Artystami byli w większości młodzi ludzie, najwyraźniej bardzo zdolni i zdeterminowani, by swoją sztukę zabrać na największy poziom.

Bardzo ich determinację i profesjonalizm podziwiam, przecież nikt im za przygotowania i występ nie płaci, oni po prostu chcą.

Wyszłam z teatru zachwycona i zainspirowana i kolejnych kilka dni słuchałam największych przebojów Queen z wypiekami na duszy.

Te wypieki na duszy pogłębia nadal australijska wiosna, która trwa od września do listopada i zawsze wprowadza mnie w nieco nostalgiczny, magiczny nastrój.

Każdej spędzonej w Australii wiosny czuję polską jesień, która ogarnia mnie zapachem i kolorami spadających liści i świeżością poranków. Czuję też wiosnę, której słoneczny uśmiech wśród kwitnących krzewów burzy krew w moich żyłach i sprawia, że chcę tańczyć, śpiewać i wziąć z życia jeszcze więcej!

To jest przedziwne uczucie, trochę jak łzy smutku i radości jednocześnie. Nostalgiczne, ale przyjemne, magiczne i obiecujące, że zdarzy się coś wspaniałego.

Tej wiosny czuję się jak moja jedyna roślinka w obecnym domu- mała gałązka pelargonii, którą dostałam od Julie ponad miesiąc temu.
Trzymam ją w wodzie w szklanej butelce i wystawiam z troską na poranne słońce. Pelargonia zaczęła niedawno puszczać malutkie korzenie, ale nadal pływają one w wodzie i może niedługo będą gotowe zakorzenić się w ziemi. Ale jeszcze nie teraz. Za to pomiędzy liśćmi pojawił się dziś mały kwiatuszek. Moja mała nadzieja i radość.

Ania Stan

Please follow and like us:
error

Gdzie Rzym, a gdzie Krym.

Gdzie Rzym, a gdzie Krym, czyli co Australia ma wspólnego z Włochami?

Po pierwsze Fremantle.

Zachodnioaustralijskie Fremantle ma coś współnego z Włochami.
Nie tylko dlatego, że większość psów nazywa się Bella… 

Bardzo proszę, dla przykładu scena naładowana architektonicznie i kulturowo prosto z Rzymu! 😉

When in Rome by Ania Stan
Caffarella Park, Rome, Itally

A tu klimatyczne Australijsko Włoskie Perth

When in Fremantle by Ania Stan
Fremantle, Western Australia

Czy czas faktycznie zatrzymał się w samym Rzymie?

Nad Tybrem, obok Castel Sant` Angelo
Nad Tybrem, obok Castel Sant` Angelo

I tak i nie. Zresztą posłuchajcie.

P.S. Już pamiętam, to Fontana di Trevi 🙂

Fontana di Trevi by Ania Stan
Fontana di Trevi, widok od strony tejże fontanny…
Fontana di Trevi_ Ania Stan
a to już sama fontanna

Już prawie na koniec dorzucę jeszcze migawkę z okolic naprawdę-mega-dużego Piazza Venezia i nie-aż-tak-bardzo-zatłoczonej Rzymskiej ulicy

View from Piazza Venezia by Ania Stan
Piazza Venezia and not so busy Roman street

Poza dużym ruchem na włoskich ulicach, życie toczy się tu jednak nieco spokojniej. Zupełnie jakby zatrzymał się czas… 

Please follow and like us:
error

Z cyklu kocham Australię. Perth.

Czy już mówiłam, że kocham Australię?

Czy już mówiłam, że kocham mieszkać nad oceanem? 
Pewnie mówiłam, ciężko powstrzymać się!!

kocham AU Perth AnnaGreenUp
Hillarys Boat Harbour, Western Australia

Ale czy zawsze tak było? 
Nie, nie zawsze tak było.

Pierwszy zachwyt, kiedy tu wylądowałam 8 lat temu, trwał z rok, może dwa lata. Co stało się później?

Stało się to, że wróciłam do starych schematów, które nigdy mi nie służyły (ale tego wtedy nie wiedziałam – ani czym te schematy były, ani, że znów je powtarzam).
Oczywistą konsekwencją (teraz dla mnie oczywistą) było, że “utknęłam” w sosie własnej dramatycznej interpretacji siebie i otaczającej rzeczywistości i każdego dnia czułam się coraz gorzej.

Coraz więcej było emocji takich jak zwątpienie, rozczarowanie, frustracja, żal, tęsknota, złość i im podobnych wypływających rzadko-gęstą kupą na powierzchnię brudnej, błotnistej rzeki o nazwie Strach.

Była też rutyna, nuda oraz narastające zmęczenie z przepracowania i obsesyjnej ucieczki w sport, żeby przed tym wszystkim uciec i zapomnieć. 

Takim brudem emanowałam, więc nie ma co dziwić się, że coraz mniej było “rozpędu”, osiągnięć i takiej prawdziwej organicznej radości z życia.
Zaczęłam też obwiniać sytuacje, otoczenie i innych za to, jak się czułam.

Świetna mikstura, żeby nie czuć się szczęśliwym, nawet mieszkając nad tym nieprawdopodobnie pięknym i magicznym cudem, jakim jest dla mnie Pacyfik!

Przyciągnęłam do siebie to, co komunikowałam na zewnątrz moimi emocjonalnymi sygnałami i tak zaczęła się moja naprawdę dłuuga impreza  australijska uwieńczona małżeństwem, a następnie jego końcem…

Oh boy!! Co tam się działo!!! 
Zostawmy to na inną opowieść, bo każdy rozdział jest osobną książką…

Z mojej postarzałej brakiem uśmiechu twarzy mogłam wyczytać, że niewiele życia tli się tak naprawdę w tym wysportowanym i silnym ciele…

Całe szczęście ja życie kocham, więc zaczęłam go szukać.

Na szczęście był taki moment, w którym poczułam bardzo mocno, że więcej brudu nie zniosę, bo nie starczy mi na to sił.

Zaczęłam bardzo intensywnie pracować nad tym, żeby zrozumieć i zmienić perspektywę. Dzień po dniu, lekcją za lekcją.
Dużo prób, wiele z nich nieudanych i poczucie porażki, na którego mazistej powierzchni cofałam się poślizgiem o miesiące, a nawet lata wstecz…
Lekcje powracały. Konsekwentnie pukając mnie w głowę i pytając

“halo? nauczysz się wreszcie, czy już zawsze chcesz żyć w Dniu Świstaka??”

Trochę czasu i dużo wysiłku zajęło mi, żeby zacząć lekcje traktować jako lekcje (a nie porażki; swoją drogą porażka to dziwne słowo, jakieś sztuczne mi się wydaje), wyciągnąć wnioski, nauczyć się i zmienić.

To wymaga 100% szczerości w stosunku do samego siebie i zrzucenia jakiejkolwiek maski. Tylko naga prawda.

Przyznanie się przed samym sobą do prawdy o tym jakim jesteś, a nie jakim chcesz się widzieć wymaga ogromnej odwagi.

Wierz mi, że niezależnie, jak to boli w procesie nauki, to Opłaca się.
100%!

Jestem bezgranicznie wdzięczna za każdą lekcję, bo wszystko zaczęło być łatwiejsze. Życie stało się życiem!

Australia stała się znów Australią.

Dobra, Australia zawsze była sobą, to ja ją znów zobaczyłam tak piękną, jaka jest 🙂

I od razu zachciało mi się zobaczyć jej więcej i więcej, więc zaczęłam zwiedzać.

Zapraszam na krótką opowieść fotograficzną z Perth!

Temperatura nocnego powietrza w Perth nieco zaskoczyła moje rozpieszczone gorącym Queensland ciało.

Ale już wcześnie rano nie miało to żadnego znaczenia, bo byłam na promie do absolutnie odjazdowej Rottnest Island, w której zakochałam się zanim postawiłam na niej zmarzniętą stopę!

Geordie Bay, Rottnest Island, Western Australia
Geordie Bay, Rottnest Island, Western Australia

Wyspa duża nie jest i można ją zwiedzać na rowerze, nawet trzeba.

Trochę napedałowałyśmy się z Satoko (moją Japońska koleżanka, u której zatrzymałam się), bo wyspa nie jest płaska…

Warto też pamiętać, że to, że jest z górki, wcale nie oznacza, że to tam masz właśnie jechać 😉

Dzięki temu, że obie bardzo ochoczo jeździłyśmy z górki, najeździłyśmy się duuużo i zwiedziłyśmy wyspę lepiej niż większość innych turystów 😉

Pink Salt Lakes, Rottnest Island, Western Australia
Pink Salt Lakes, Rottnest Island, Western Australia

Dla wyjaśnienia czemu mam na sobie 3 kurtki i nadal biegam w japonkach – bo to jest bardzo po australijsku!

Ludzie noszą je nawet zimą i mimo, że nie zawsze jest mi gorąco w palce, ja teraz już też tak robię.
W końcu fajnie jest wejść bosą stopą do oceanu!!

Pływać jest jeszcze fajniej, więc zdjęłam warstwy i poszłam pływać w bajkowo czystej wodzie!
Kilka części ciała odmarzało mi ponad godzinę, ale czy miało to znaczenie w obliczu widoków i przeżyć? Nie miało 🙂

Porpoise Bay, Rottnest Island, Western Australia
Porpoise Bay, Rottnest Island, Western Australia

Następny dzień spędziłyśmy głównie na zwiedzaniu ogromnego Perth.

Niecały tydzień oczywiście nie wystarczył, żeby wszystko zobaczyć, chociaż starałam się do odcisków na moich dzielnych stopach!,

Zaczęłyśmy od City położonego nad imponującą Swan River (co za rzeka! wspaniałe widoki i delfiny!),

Perth City, widok z Kings Park, Western Australia
Perth City, widok z Kings Park, Western Australia

a wieczorem zabrałyśmy psa i poszłyśmy podziwiać fantastyczny zachód słońca nad Oceanem Indyjskim.

Perth, Indian Ocean Anna Stan
Sunset by the Trigg Beach, Western Australia

Jest fragment Perth, który urzekł mnie niemal tak, jak Rottnest Island, więc opowiem o nim z radością w osobnym poście.

Fremantle.

Fremantle, Western Australia
Fremantle, Western Australia

Do usłyszenia!

 

Please follow and like us:
error