Niezdrowo zdrowy. Czy naprawdę zdrowo jesz?

naturalne lody annagreenup
0 Flares Facebook 0 Filament.io 0 Flares ×

W dzisiejszych czasach łatwo “dać się zwariować” i ponieść szeroko promowanej fali tzw. zdrowego życia, w tym odżywiania.

Porozmawiajmy zatem o odżywianiu.
Raz po raz wraca do mnie pytanie, czy promowane zdrowe jest faktycznie takie zdrowe?
I czy to samo jest zdrowe dla każdego z nas w każdym momencie naszego życia i stanie organizmu?
Nie sądzę.

Czy można zatem jedząc zdrowo sprawić, że rozchorujemy się?
Można.

Jeśli przez nieumiejętny dobór produktów lub po prostu manię zdrowego jedzenia nadszarpniemy równowagę naszego organizmu, będzie on musiał poświęcić więcej energii na naprawianie siebie i przywrócenie zdolności normalnego funkcjonowania.
Może wtedy „wyłączyć” niektóre funkcje, które uzna za niekonieczne do przeżycia w czasie, kiedy stara się, „na przekór” nam, zdrowo jedzącym wrócić do równowagi.

Wiem o czym mówię, bo nie tylko są mi dostępne informacje i badania z biochemii, fizjologii, anatomii, psychologii et alia , ale również nabyta wiedza praktyczna. Mam  tu na myśli własne doświadczenie i doświadczenie kilku koleżanek i kolegów.
Niektórzy z nas zmądrzeli i zaczęli słuchać alarmowych sygnałów wysyłanych przez własne ciało, ale poprawa nadszarpniętego zdrowia nie następuje od razu, trzeba być cierpliwym.
Za to konsekwencje zabawy z jedzeniem są ogromne. I my je ponosimy.

Jedzenie, a odżywianie to dwie różne rzeczy.
Można jeść i nie odżywiać organizmu.
Tu są co najmniej dwie skrajne możliwości:

  1. Jeść zupełnie niezdrowo.
  2. Jeść “zbyt zdrowo”.

O tym jak jeść niezdrowo większość z nas ma pojęcie. Sprawa komplikuje się, jak zaczynamy mówić o zdrowym jedzeniu.

Żyjemy w dziwnych czasach.
To, co było normalnym jedzeniem kiedy ja byłam dzieckiem z biegiem lat stało się obecnie rzadkością.
Produkty, takie jak zwykłe pomidory o smaku pomidora, ogórki o smaku ogórka, wielokształtne i często nadgryzione przez robaki jabłka, makaron robiony ręcznie w domu z jajek, które faktycznie były zniesione przez kurę, która rzeczywiście żyła na „wolnym wybiegu” i jadła to, co kura normalnie je, z czasem zostały wyparte przez „błyskawiczne” sztuczne i z torebki oraz modyfikowane genetycznie i takie interesujące rzeczy jak jajka, które w Chinach potrafią dosłownie wyprodukować bez udziału kury…

W miarę „postępu” (?!), wzrostu tempa życia, przeróżnych zmian społecznych i wzrostu liczby ludności zamieszkującej ziemię pojawiało się zapotrzebowanie na wszystko, co jest „więcej” i /”szybciej”, czyli również tzw. „udogodnienia” w kuchni.
Po co masz gotować zupę przez pół dnia, kiedy możesz kupić torebkę i przyrządzić gar zupy z proszku pochodzącego z owej torebki w ciągu 10 minut (czy ile tam czasu będzie potrzebne na zagotowanie wody)?

Chciwość i zachłanność ludzka nie zna granic, więc odpowiedź rynku na takie zapotrzebowanie była szybka i bezwzględna- chcecie szybciej, damy wam szybciej i łatwiej.
Nikt nie mówił, że cena, którą za to zapłacimy będzie dużo wyższa niż to, co wyświetlają półki supermarketów.
Przecież chcieliśmy szybciej i łatwiej, o zdrowiu nie myśleliśmy.

“Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza, człowiecze z końca wieku? Głowę zwiesił niemy.”[1] [2]

Jak wiemy trendy na rynku produktów spożywczych i rynku farmakologicznym są interesująco przenikające się nawzajem i uzupełniające. Działają jak przemyślnie zaprojektowana maszyna do robienia pieniędzy.

Jak wiemy, popyt można zainicjować grając na ludzkich emocjach. Znamy też próżność ludzką. Okładki magazynów znane nam są od dawna, wiemy też jak są promowane „gwiazdy” przemysłu rozrywkowego i wiemy, na jaki rodzaj ciała panuje moda…

Od dawna znana jest obecność na rynku produktów „low fat” i „light”[3] (zazwyczaj pełnych cukru) lub „sugar free”[4] (zazwyczaj pełnych sztucznych słodzików, które jednak dobrą reputacją jeśli chodzi o ich wpływ na zdrowie nie cieszą się).
Później doszły wynalazki typu „gluten free”[5].
Te ostatnie zasługują w dzisiejszych czasach na osobne tomy poezji, a niewiedza przeciętnego człowieka na ich i glutenu temat jest nadal ogromna. Tu wspomnę tylko, że na obecnym rynku bezglutenowy raczej nie znaczy zdrowy i gorąco zachęcam tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, do postudiowania na ten temat.[6]

Kolejnym fantastycznym dla rynku spożywczego trendem jest żywność ekologiczna, organiczna, biodynamiczna, naturalna, bez sztucznych konserwantów i barwników, kosmetyki bio etc.
I tu znów szerokie pole do popisu dla marketingowców.

Wróćmy do naszych ogórków, które smakują jak ogórki i marchewek, które zwyczajnie rosną w ziemi, jak to marchewki robią, zamiast zwisać w kierunku ziemi po to, żeby rosły w jednakowych rozmiarach i nie brudziły się…
Dostępność tych prawdziwych produktów spadła znacząco od czasów, kiedy były one produktami zwyczajnymi, co za tym idzie, ich cena zmieniła się również znacząco. Niestety ich jakość zmieniła się również.
Według mojego doświadczenia Polsce trzeba “nagimnastykować się” znacznie, żeby znaleźć dobrego dostawcę naturalnych produktów. Zazwyczaj żywność dostępna w sklepach ze zdrową żywnością (!), tzw. „organikach”, czy nawet zielarskich jest nie tylko droga, ale często też pochodzi z Chin, co mnie osobiście przeraża (o jajku bez kury produkowanym w Chinach wspominałam, prawda?).

Całe szczęście jest ruch Slow Food[7], który ratuje nieco sprawę.

Ale wróćmy do tematu: Niezdrowo zdrowy.

Niestety wraz ze spadkiem jakości żywności pojawiła się potrzeba suplementacji. Podobno.
Na  pewno wiemy, że pojawił się nowy trend na rynku zdrowej żywności – superfoods[8] i suplemnety oraz wszelkiej maści i kolorów „ulepszacze” żywności.

Codziennie dowiadujemy się o fantastycznych właściwościach na przykład dyni i jarmużu oraz o tym jak i kiedy je jeść, żeby to było dla nas jak najbardziej korzystne. Stare dobre siemię lniane i babka płesznik to teraz źródło cennego błonnika (z jakiegoś tajemniczego powodu bardziej niż kiedykolwiek), więc również są dostępne w cennej cenie.

To samo stało się ze zwykłą pokrzywą, mniszkiem lekarskim, czarnym bzem czy rumiankiem. Wymieniać można bez końca.
Wiele rodzimych ziół, przypraw, warzyw i owoców oraz niektóre z ich przetworów stało się jakoś niezwykle cenne w ostatnich latach.

Przez ostatnich kilka lat (2016- 2019), spędzając każdego roku kilka miesięcy w Polsce, przeanalizowałam ceny produktów, o których teraz rozmawiamy.
Mówimy teraz o cenach z szerokiej gamy sklepów (w tym też aptek) i z wielu miast w Polsce. I ile razy idę na spacer do lasu lub z psem mojej mamy na łąkę i od niechcenia zbieram te obficie rosnące mniszki lekarskie, dziurawce, pokrzywy i inne, zawsze zastanawiam się co tłumaczy rosnący poziom cen tych samych ziół zapaczkowanych w małe torebeczki na półkach sklepów ze ekologiczną żywnością.
Pewnie zapotrzebowanie, bo przecież teraz wszyscy musimy jeść suplementy i stosować diety oczyszczające…

Trendy i idące za nimi wzrosty cen, a z nimi terminy marketingowe znane są z tego, że lubią zmieniać się, bo to gwarantuje nowe lub dodatkowe źródła dochodu dla producenta i całego łańcuszka dystrybucji i promocji po drodze do ostatecznego odbiorcy.
I kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. To są nasze pieniądze proszę Państwa.[9]
Dlatego to, co nazywane jest superfood dziś, za miesiąc schodzi na dalszy plan, wyparte przez nowego gwiazdora. Skoro wczoraj był jarmuż i herbatka z pokrzywy, to dziś niech będą jagody goji, maca, czarnuszka i stare dobre kakao. Czemu nie? No i oczywiście trawa pszeniczna. Mhmm, zielone to dobre!

Z tym, że zielone jest dobre zgadzam się. Do pewnego stopnia.

Zasada równowagi obowiązuje w każdym aspekcie naszego życia i należy pamiętać, że każde ludzkie ciało ma swoje indywidualne uwarunkowania, raczej nie zdarza się, że wszystko jest białe lub czarne, jest za to nieskończona ilość odcieni szarości.

Dlatego skrajności są dla nas szkodliwe- są nienaturalne dla naszego ciała.

Mówiąc o skrajnościach… sama przez kilka lat byłam fanatycznie zdrowa.

Kolejne zaburzenie żywienia, od jakiegoś czasu zyskujące na popularności, to ortoreksja.

„Ortoreksja to zaburzenie łaknienia, które polega na przywiązywaniu nadmiernej wagi do jakości spożywanego pokarmu. Pochodzi od słów: “orto” – prawidłowy, dobry i “orexis” – pożądanie, apetyt. Okazuje się, że zdrowe odżywianie się nie jest korzystne dla naszego organizmu, jeśli przybiera formę obsesji. Osoby cierpiące na ortoreksję stosują źle zbilansowaną dietę, która jest uboga w niektóre składniki odżywcze. Prowadzi to do niedożywienia. Przyczyny ortoreksji to problemy psychiczne, które przekładają się na chęć kontrolowania swojego życia poprzez nadmierne kontrolowanie swojego odżywiania.”[10]

Sama nieświadomie wpadłam w pułapkę zdrowego jedzenia.
Eksperyment, który niechcąco na sobie w ten sposób przeprowadziłam doprowadził mnie do dość fatalnego stanu zdrowotnego.
Przecież zdrowo odżywiałam się, więc nie zauważyłam, że znowu zanurzałam się w obsesję. Pamiętam jak dziś, kiedy to w swojej zuchwałości zignorowałam słowa mojej przyjaciółki, kiedy kiedyś delikatnie w kuchni wspomniała „słyszałaś o ortoreksji?” i grzecznie nie drążyła dalej tematu.

Jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że wreszcie udało mi się zobaczyć, czego „dokonałam” na samej sobie i moim ciele. Zajęło mi to z rok, czy dwa i nie było to łatwe, bo nie byłam osamotniona w moim otoczeniu w manii zdrowego jedzenia.
I mimo, że zaczęłam odczuwać ciężkie skutki ortorektycznej obsesji, nadal brnęłam w niej brnęłam, jeszcze zwiększając jej natężenie przez dokładanie kolejnych suplementów, głownie z serii zioła, superfoods i wszystko, co alkalizuje ciało.

Powoli, bardzo małymi krokami i korzystając z różnych metod odkrywałam co u mnie nie działa. Tu czuję się zobowiązana wtrącić, że żadne badania medyczne nie wykazały, że coś u mnie nie działa.
Według zwykłej medycyny alopatycznej jestem od lat okazem zdrowia, a ja długo czułam jakbym umierała od środka. Na marginesie, mam w związku z tym wątpliwości co do pewnych metod pomiaru lub norm, wedle których medycyna alopatyczna określa stan zdrowia człowieka…

Na zewnątrz było to widać po skórze, która była sucha i cienka jak papier. Tak to czułam, była inna. Układ hormonalny zwariował. Pojawiły się kłopoty z oddychaniem. Jelita przestały działać, jak powinny. Wątroba też. Wątroba – tak ważny organ! I jak to się stało mimo tego, że tak ją odtruwałam? I gdzie znikały moje ciężko pracujące mięśnie, a wraz z nimi waga? A może w odwrotnej kolejności…

Moja niespożyta energia uleciała i nawet nie wiedziałam kiedy. Za to bardzo dobrze wiedziałam, że jej nie mam.
Były takie dni, że zwykły spacer był dla mnie wysiłkiem, a do tej pory zawsze byłam mega wysportowana, silna, w świetnej kondycji i z niespożytą energią.
Popęd seksualny? Zapomnij.

Normalny sen? Nie bardzo, bo wysokie stężenie kortyzolu we krwi budziło mnie zazwyczaj pomiędzy pierwszą, a trzecią w nocy. Wiedziałam, czego to oznaka, bo mechanizm stresu w ludzkim ciele przeanalizowałam jako trener dość precyzyjnie.
Widać nie na tyle precyzyjnie, żeby zrozumieć dlaczego jestem w stanie permanentnego stresu. Złożyłam to na karby zbyt dużego wysiłku związanego z częstymi podróżami, przeprowadzkami, pracą i ogólnie niestabilnym trybem życia. O niedożywieniu nie pomyślałam…

Zdarzały się i zawroty głowy. Całodniowe. Towarzyszyły im również inne atrakcje, które przeżyłam bardzo ciężko i do tej pory dziękuję Bogu, że w stanie, w jakim byłam, udało mi się bezpiecznie za każdym razem dojechać autem do domu.
Tego typu wątpliwe bohaterstwo przypłaciłam jeszcze większym spadkiem odporności, bo mój mózg na dzienne operacje bezdusznie pobierał energię z tkanek, w których już jej zmagazynowanej nie było, więc drapieżnie wysysał z życia same tkanki.

Ludzki mózg to drapieżca. Ona MA przeżyć. Taki jest jego główny program.

Jeśli ciało nie dostaje wystarczająco dużo energii i w związku z tym nie może naturalnie zapewnić jej mózgowi, on i tak tę energię pobierze. Skąd będzie mógł. Zrobi to kosztem innych organów i tkanek.
Taki jest mechanizm śmierci głodowej…

Jak już teraz wiemy, w swojej manii zielono – zdrowego jedzenia nie zauważyłam, że zaczęłam też bardzo mało jeść, bo bałam się… Jeśli nie miałam swojej przygotowanej porcji z ekologicznych produktów, wolałam nie jeść niż zjeść coś, co uważałam za szkodliwe!

Niezdrowo zdrowy.

Ja nie podążałam za trendem. Te wszystkie rynkowe hity zdrowego jedzenia nie pasowały mi za bardzo. Jagód acai spróbowałam raz i mi to nie smakowało za bardzo, zielone szejki, koktajle i soki z trawy jęczmienia też nie koniecznie.
Ja po prostu chciałam jeść tylko naturalne produkty ekologiczne i być w mega świetnej formie, mega zdrowa, mega silna i przenosić góry na swoich barkach. Nadczłowiek… Z historii wiemy, że to oznacza manię, a ta zgubę.

Moja zdrowa dieta działała przez jakieś 2 lata, dopóki była po prostu zdrowa.
Dopóki była bogata w różnorodne pokarmy z dobrego źródła i z niemal całkowitym wykluczeniem sztucznych produktów, zwykłej pszenicy i cukru, oraz dopóki jadłam, faktycznie czułam się świetnie i rzeczywiście cieszyłam się rewelacyjnym zdrowiem i siłą.

Niestety nie zauważyłam, kiedy to zaczęło przeradzać się w obsesję, a im bardziej wariowałam, tym mniej jadłam (żeby mi nie zaszkodziło…) i tym bardziej chciałam wspomagać organizm poprzez mieszanie zbyt wielu składników na raz.

Niby mam naukowe zacięcie, a jednak w swojej manii nie wpadłam na pomysł, że wszystko jest związkiem chemicznym i mieszanie pewnych produktów i ziół nie jest bezpieczne dla ludzkiego organizmu i może mieć fatalne skutki.

Wszystko można w życiu zepsuć, własne zdrowie też.
W dzisiejszych czasach “zdrowe” to nadużywane pojęcie, na pewno jeśli chodzi o odżywianie.



Tak pisałam jakieś dwa lata temu…

A świat nadal zmieniał się. My go zmienialiśmy.
Teraz, kiedy zalewają nas fale plastiku i CO2 zwiększającego globalne ocieplenie, wszyscy jemy i pijemy plastik, niezależnie, czy nazywa się on “eko”, czy nie.
Czy jest sens mówić o jakimkolwiek zdrowym jedzeniu w obliczu powyższych faktów i u progu klęski klimatycznej?


Co Ty sądzisz?


[1] Kazimierz Przerwa-Tetmajer, „Koniec wieku”, Poezye tom II, wyd.III Warszawa, G. Gebethner i Spółka 1901.

[2]Komentarz autora: Zachęcam do przeczytania tego utworu, być może po raz kolejny. Jest o czym pomyśleć…

[3] O niskiej/obniżonej zawartości tłuszczu lub beztłuszczowy.

[4] Bez cukru.

[5] Bezglutenowy.

[6] Można zacząć od pozycji: Dr William Davis, „Kuchnia bez pszenicy. 150 przepisów, które pomogą pozbyć się pszennego brzucha i wyzdrowieć”. Bukowy Las Sp. Z o.o. 2013.
Pozycja zawiera nie tylko informacje dotyczące gluten i życia bez niego, ale także obszerny zbiór przepisów.

[7] Organizacja i jednocześnie ruch społeczny skupiający osoby zainteresowane ochroną tradycyjnej kuchni różnych regionów świata i związanych z tym upraw rolnych i nasion, zwierząt hodowlanych i metod prowadzenia gospodarstw, charakterystycznych dla tych regionów. Za https://pl.wikipedia.org/wiki/Slow_Food
Dostęp: 11 października 2017, 30 lipca 2019
Komentarz autora: pozwoliłam sobie użyć terminu z Wikipedii, ponieważ wydał mi się zwięzły i trafny.

[8] Superżywność – termin marketingowy wykorzystywany do określania nieprzetworzonej żywności pochodzenia naturalnego, rzekomo bogatej w składniki odżywcze, których ilość i właściwości mają działać korzystnie na organizm człowieka. Za https://pl.wikipedia.org/wiki/Superfood. Dostęp: 11 października 2017 , 30 lipca 2019
Komentarz autora: ponownie pozwoliłam sobie użyć terminu z Wikipedii, ponieważ wydał mi się niezwykle trafny.

[9] Cytat (nieco zmodyfikowany) z filmu „Rejs” z 1970 roku w reżyserii Marka Piwowskiego.

[10] https://portal.abczdrowie.pl/ortoreksja, Październik 2016, artykuł podpisany przez: psycholog Kamila Krocz. Dostęp: 13 października 2017, 30 lipca 2019[

Print Friendly, PDF & Email