Moja działka

Styczeń 2019, Australia

Jaka jest moja działka w rzeczywistości pełnej szmatławych odprysków ludzkiej zachłanności, łącznie z internetowym śmieciem i szambem systemów “idiot”?

Zadajesz sobie takie pytanie czasem?

Grozi nam nie tylko klęska ekologiczna.

Już dawno stanęliśmy u progu chaosu i totalnego kryzysu podstawowych wartości moralnych. Ten ostatni powoli przekraczamy.

Często zastanawiam się nad tym jaki ja mam w tym wszystkim udział?

Ja staram się bardzo.
Jestem szczerą, mocno pro-ekologiczną minimalistką.
Energię wkładam w to, w co wierzę i nie boję się o tym mówić.

Staram się na każdym kroku być dobra dla innych, robić dalej to, co potrafię robić dobrze- trenować siebie i innych ludzi, ucząc ich też o zdrowiu, ruchu i jak iść przez życie według mojej najlepszej wiedzy oraz aktualizować tą wiedzę.

Ale coraz częściej mam ochotę zniknąć, bo jak tylko uda mi się uchwycić sens tego, co robię, i myślę, tak, to właśnie moja działka,
dostaję w twarz kolejną cuchnącą szmatą cyber-rzeczywistości lub ludzkiej chciwości wyrażonej często w dewastacji planety i nas samych i…
odechciewa mi się wszystkiego.

Najchętniej medytowałabym bez przerwy podnosząc ciężary lub ćwicząc bezdechy zanurzona głęboko pod wodą i już wcale nie wracała do tak zwanej rzeczywistości.

Ale nie mogę. Jeszcze nie teraz.

Mimo, że jest pod górkę, jak patrzę na to, co dzieje się z nami i planetą i większość bardzo oporną na zrozumienie. Mimo, że codziennie napotykam na coraz to nowsze przeszkody.

Nawet wordpress, którego używam do napisania tego postu, wywiesił właśnie plugawy ozór aktualizacji bezwstydnie obnażając jej efekty.

Wszystko zostało zautomatyzowane, brak elastyczności, nawet nie widzę, co piszę, bo tekst przykrywają jakieś paski zadań i powiadomienia, które wyskakują bez przerwy nie wiem skąd.

Trochę jak w bajce o Aladynie i cudownej lampie…

Teraz zamiast potrzeć lampę, naciskasz jeden guzik, żeby nowy paragraf zrobił się sam, a w innej zakładce dżin imieniem google już wie czego szukasz zanim własną myśl zwerbalizujesz.
Szkoda, że wyniki, które zwraca mało mają wspólnego ze spełnieniem życzenia. Zamiast tego, musisz przebrnąć przez śmieci pseudo informacji, żeby (być może) znaleźć wartość nie zwracającą fałszu.

I znowu nie wiem, czy ja mam jakąkolwiek rolę lub choćby działkę do uprawiania w tego typu “realu”…

Nie, żebym nie próbowała szukać. Całe życie szukam. Myślę też, że znalazłam, ale…

Upłynęło już kilka dobrych lat poszukiwań.

Kila lat mojej młodości, radości, szaleństw, śmiechu, łez, niemierzalnego stresu, w którego amoku doznałam tajemniczych zaników pamięci i kilka lat otrząsania się z tego stresu, szukania spokoju, a może po prostu dziury w całym? W całym, którego nie ma?
Trudno znaleźć dziurę w czymś, czego nie ma.
Powtórz.

Styczeń 2015, Australia

Veni vidi vici. Przez lata wydawało mi się, że każdy może te słowa włożyć w swoje usta i będą to słowa prawdziwe.

Dziś myślę, że są zarezerwowane.  Zarezerwowane dla zwycięzcy.
Dla tego, kto sam potrafi być sterem, żeglarzem, okrętem i zdobywcą własnego życia.

Ale po kolei. Niemal 6 lat temu przyleciałam na wizie studenckiej z Polski do Australii. To było moje marzenie

Załatwiłam sobie roczne wakacje. Rok zleciał prędko. Zostałam.
Dużo w tym pierwszym roku osiągnęłam. Pracowałam na to bardzo intensywnie i były rezultaty.

Niedługo po przylocie zaczęłam trenować sztuki walki w jednym z klubów – głownie brazylijskie jiu jitsu, które wybrałam jako przedmiot dodatkowy na kursie, dzięki któremu została mi przyznana wiza studencka.

Szybko okazało się, że reszta to był tylko dodatek do jiu jitsu i po 3 miesiącach od pierwszego kroku na macie w Australii już brałam udział w zawodach całej Oceanii.

Od dziecka zafascynowana byłam sztukami walki i zanim przyleciałam na antypody już ich kilku spróbowałam, ale w jiu jitsu zakochałam się. Z wzajemnością – okazało się, że tworzymy świetną parę.
Trenowałam dniami i właściwie nocami po części również, a w autobusach studiowałam materiały z kursu i pisałam zaliczenia.

Trzeba było zacząć zarabiać, bo zasób złotówek szybko topniał w upale drogiego czynszu za dach nad głową opłacanego już w dolarach australijskich. Zaparłam się, że będę pracować ucząc pływać (w Australii!) skoro mam do tego kwalifikacje.
Musiałam zaprzeć się, bo kwalifikacjami z Polski mogłam sobie w Australii pomachać.

Wyjścia były 2– zapłacić za kurs tutaj lub aplikować o rozpoznanie kwalifikacji.
Na kurs funduszu nie miałam, może i bym miała, ale za cenę mieszkania na ulicy… a rozpoznać kwalifikacji nikt nie chciał.

Nie wspomniałam jeszcze, że wszystkie te zawiłości faktycznie były dla mnie zawiłe i nie miałam pojęcia o systemie kwalifikacji, instytucji je nadających, instytucji je honorujących, ludzi „u władzy” owych instytucji i ogólnej niechęci do udzielania mi informacji.

Ale, że miałam cel nie poddawałam się i starałam nie przejmować za bardzo i w końcu udało mi się „wychodzić” dojście. Znalazłam „Swim Australia” i jej szefa, który powiedział, że mi rozpoznają kwalifikacje, jak przejdę testy i zapłacę (chyba około $100 wtedy, czyli co najmniej 3 razy mniej od kwot, które słyszałam zanim dotarłam do tej organizacji).

Tak więc dostałam upragnione australijskie kwalifikacje instruktora pływania i z tym wreszcie (po wielu telefonach, wycieczkach i odmowach) udało mi się znaleźć szkołę, która przyjęła mnie, żebym „pracowała” na zasadzie wolontariatu… Taki praktykant za darmo.
Wzięłam.
Potem już poszło.

Praca, treningi, studia, opłaty za wizy, kolejne kwalifikacje w sporcie, szalone małżeństwo, urazy sportowe, operacje i szpitale, powolna zmiana stylu życia, adaptacja, brak adaptacji, więcej pracy, więcej treningów, rozwód, czarna rozpacz i niewysłowiony żal, jeszcze więcej pracy, więcej treningów, kłopoty ze zdrowiem, 2 lata bezsenności, mniej pracy i treningów, załamania światopoglądu i nerwowe, ogromna samotność.

Zmiany, zmiany, zmiany i wyzwania. Żeby tylko do lepszego jutra. Czasem jutro okazywało się za daleko, byle tylko do lepszego dziś bywało wystarczającym wyzwaniem.
I chyba tylko ciągła nadzieja, że będzie lepiej, przecież musi być lepiej jakoś trzymała mnie przy lub obok steru…

Styczeń 2019, Australia

Dziś jest 1 stycznia 2019. Jestem w Australii już prawie 10 lat.

Te ostatnie australijskie lata były ogromnym wyzwaniem. Traciłam siły, upadałam, podnosiłam się znowu.
Nie było wytchnienia.
Bolało? Bardzo.
Zalety?
Nauczyłam się dużo.
Wady? Nie ma.
Nauczyłam się dużo i idę do przodu. Nikt mnie nie zatrzyma, chyba, że ja sama.
Wtedy będzie mi przykro, pewnie też ciężko, ale może będę umiała poprosić o pomoc. Ugryzłam się w język. Dlaczego? Przecież to nie grzech prosić o pomoc.

Mam marzenie. Od dziecka biegałam z mikrofonem, właziłam na sceny i chciałam uczyć.

Teraz znowu tego chcę. Pamiętam te obrazy z dzieciństwa bardzo żywo, dopiero teraz – u progu 4-go dziesięciolecia mojego bogatego życia.
Bo właśnie teraz jest czas, żeby to, co robię najlepiej przenieść na większą skalę.

Przez „kolorowe” dzieciństwo przeprowadził mnie Elvis i jego kojący mnie głos w słuchawkach walkmana, a czas nastolatki przetrwałam dzięki Nirvanie, bo Kurt Cobain wykrzyczał wszystko za mnie. Prosto w moje uszy i na moich falach. Ulga.

Korn i Jonathan Davis wykrzykujący swój ból pomógł przebrnąć przez trudy końca małżeństwa spoza granic poznania i rozwód.

I tak jakoś to zawsze było. Nazwisk muzycznych było dużo, bo i moje życie burzliwe, pełne przygód, zmian i wyzwań. Takie wybrałam. Tak je żyję.

Teraz jest znów Queen, Freddie Mercury i wielkie oczarowanie.
Magia i znów realne, dziecięce marzenia. Niech mnie to zaprowadzi do ich realizacji. Niech mnie zaprowadzi do tej mojej działki…

Na dziś już otrzymałam od Queen, a tak naprawdę od Freddiego, ugruntowanie wiary w siebie, mega siłę i znieczulenie na tak zwane „niepowodzenia”, tudzież zwane „brakiem akceptacji ze strony innych”.

Nabrać pewności siebie na pewno też pomogła mi australijska równość każdego wobec każdego. Nieważne, czy masz lat 15, czy 73, czy pracujesz jako specjalista chirurg, czy sprzątasz w hotelach, nieważne jakie masz wykształcenie. Ludzie zwracają się do siebie w ten sam sposób. Po imieniu, zwyczajnie, jak równy z równym. „How ya doin mate?”

Żyjąc samemu w obcym kraju, uczysz się też się życia i rośniesz w siłę.
Przynajmniej ja nie widziałam innego wyjścia.

Uczyłam się i nadal uczę jak iść przez życie wśród innych z dobrym, otwartym sercem i nie obrywać kopniaka w cztery litery na każdym kroku, a za to twardo stać na swoim gruncie.

Teraz wyjeżdżam z Australii, bo innej drogi nie widzę.
Może nauczyłam się tu już wystarczająco dużo?

Jednego jestem pewna, nie widzę realizacji moich marzeń w tym kraju. Przynajmniej nie w tym czasie. A ja chcę do ich realizacji dążyć. Chcę znaleźć swoją działkę i uprawiać ją najlepiej, jak potrafię.

Jeszcze lepiej niż teraz uprawiam swoją małą rolę.

Jeśli nie ja, to kto?
Jak nie teraz, to kiedy?

Więc nie tylko marzenia tu chodzi. Tylko o tą działkę właśnie.

Chcę dać coś od siebie. Więcej niż mój własny minimalistyczny, pro-ekologiczny tryb/styl życia.

Odrestaurowanie bliskich relacji między ludźmi wydaje się priorytetem. Łącznie z relacją z samym sobą. Tak, to może być też o Tobie.

Nad tym chcę pracować. Przez kontakt z ludźmi właśnie. Tak zresztą pracuję już od dawna.
Tylko skala za mała, brakuje tej dużej sceny, dużej publiczności i silnego mikrofonu.

“Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy.”

Cytat pochodzi z artykułu „Nieuchronność klęski klimatycznej”
opublikowanego pod tym adresem
https://www.rp.pl/Ekologia/181209665-Nieuchronnosc-kleski-klimatycznej.html?fbclid=IwAR2j5VttzwoovTUFLYU8L-PQ_DGwzw6LjBFLplTE7B_ufHDt0Xvn7E7yLuM
Publikacja: 31.12.2018

Wiemy już, że nie tylko o ekologiczny kryzys teraz chodzi. To przecież produkt kryzysu wartości i naszego moralnego upadku.

Relacje między ludźmi zastąpiły automaty, rzeczy, internetowy syf, radio caca…

W jaki sposób masz tworzyć relacje z innymi ludźmi, jeśli nawet nie umiesz już przypomnieć sobie kim jesteś i o co Tobie w życiu naprawdę chodzi?

Twój własny mózg produkuje masę bezużytecznych myśli, zaszczuty wyskakującymi okienkami, powiadomieniami, reklamami, alarmami, że nie zapiąłeś pasów lub przypaliłeś grzanki? (Grzanek wcale nie przypaliłeś, takie je chciałeś, ale ten cholerny alarm i tak na Ciebie nabipczał…)

Zastanawiasz się nad tym czasem?

Jak mi ten transfer z Australii do Polski nie pomoże w odnalezieniu drogi do mojej działki, wrócę skąd przyszłam i schowam się pod wodą na zawsze.

Ale jeszcze ciągle mam nadzieję, że uda nam się odrestaurować bliskie relacje między ludźmi i wiarę w podstawowe wartości.

Kim jesteś człowieku początku dwudziestego pierwszego stulecia i jakie są Twoje wartości?
Jaka jest Twoja tarcza i włócznia przed tym, co je niszczy?

Znasz odpowiedź na te pytania?

Jaka jest TWOJA działka?

Please follow and like us:
error

Równowaga w życiu. Część IV.

Dziś obudziłam się w domu.

Obudziłam się w domu po raz pierwszy od nie pamiętam już kiedy.

Spałam całą noc. Też nie pamiętam od kiedy. I nie męczyły mnie koszmarne sny. Przynajmniej nie tak ciężkie, jak ostatnio.

Obudziłam się w domu i obudziłam się człowiekiem. Po prostu. Człowiekiem- duchem, który ma szczęśliwie dwie sprawne ludzkie ręce, którymi może wykonywać różne prace i dwie zdrowe ludzkie nogi, które mogą mocno stąpać po ziemi w życiu mi danym.

Otworzyłam drzwi, do kuchnio-pokoju wpadło świeże powietrze poranka przed wschodem słońca. Do mojego domu ono wpadło- do tej kuchni, do mojego ludzkiego nosa i serca. Doznania zmysłowe i pozazmysłowe. Razem. Jednocześnie.

Obudziłam się tam, gdzie jestem, w Australii, na Gold Coast, gdzie rosną palmy i słychać ocean.

Obudziłam się w zgodzie ze sobą.

Ostatnie długie (naprawdę długie) miesiące codziennie budzę się w Polsce, w domu mojej mamy, a po pracy wracam skąpana we własnych łzach do naszego domu „na działce”.
Ten dom był w znacznej mierze faktycznym domem w moim dziecięcym sercu, ale odszedł z mojego życia wraz ze śmiercią taty w tym roku.
A tak naprawdę cały ten czas mieszkam w Australii i tu się budzę i zasypiam.

Codzienny konflikt między żebrami.
Jaki konflikt?

Jedna rzecz to pytanie obecne we mnie od dawna- Polska, czy Australia? Kiedy podjąć decyzję? Kiedy wyjechać z Australii i na jak długo?

Druga rzecz to moje nieustanne poszukiwanie.
Poszukiwanie wiedzy o człowieku, o świecie, o Bogu, poszukiwanie Jezusa, poszukiwanie siebie, poszukiwanie talentów, które dostałam przychodząc na ten świat oraz poszukiwanie tęcz i jednorożców.

Tak, tak, dobrze widzisz. To jest moje życie. Biegnę z głową i sercem w chmurach, jednocześnie stąpając po meandrach nauk przeróżnych z zacięciem szalonego naukowca, za to bardzo mało solidnie (czytaj: wyjątkowo chwiejnie) po praktycznej ziemi życia.

Stopami ledwo dotykam tej ziemi, a przecież to także ten wymiar, w którym teraz istnieję. Wymiar, w którym istniejemy. To bardzo realny wymiar.
Przynosi nie tylko miłość, radości i koszmary dzielenia życia z rodziną i innymi ludźmi, ale też marzenia i czasem ich spełnienie.

To wymiar, który przynosi emocje.
Czasem może przynieść  przynieść frustrację, gniew i rozczarowanie, ale przecież może też przynieść zadowolenie z pracy, radość ze spotkania z przyjacielem, spokój zanurzenia w hobby i miłość do dziecka.

Jak wrogim wobec siebie uczynkiem jest nie docenianie możliwości, które niesie nasze praktyczne życie!

„Per aspera od astra”
Przez trud do gwiazd.

Widziałam to zapisane w wielu notatkach i kalendarzach taty tego koszmarnego dnia, kiedy po jego pogrzebie opróżniałyśmy z Elą jego mieszkanie.

Równowaga.

Jakże tajemnicze pojęcie!

To chyba właśnie równowaga jest tym Świętym Graalem, którego szukam, ale wcale nie szukam, a znaleźć powinnam . Powinnam znaleźć zanim zginę, żyjąc życiem, które tak kocham, a którego jednocześnie sobie odmawiam.

Słowa w mojej głowie, słowa w moim sercu, słowa pisane moimi praktycznymi ziemskimi rękoma i te same słowa malowane wichrem ducha. Te same słowa.

W człowieku nie ma rozdzielności, takie nasze prawo i przywilej.

Ale jednocześnie tak wielu z nas trwa w wewnętrznych konfliktach. Rozdwojona jedność.
Jak to możliwe? Czy taka jest natura człowieka?

Jak znaleźć jedność w sobie? Piszę o tym książkę i ciekawa jestem, czy sama dowiem się jakie jej zakończenie i jakie jest rozwiązanie tej zagadki.

Prawda daje się odkrywać i tylko od nas zależy ile jej zobaczymy.

Kiedy w 2017 zaczęłam nad wyżej wspomnianą książką pracować, dałam jej tytuł roboczy „książka numer jeden”, po czym zmieniłam szybko na „książka numer dwa” widząc, że niełatwe tematy poruszam.

W trakcie pracy nad nią, nabrałam odwagi i postanowiłam wziąć pełną odpowiedzialność za przekaz. Wróciłam do „numer jeden”, po czym zaczął wyłaniać się prawdziwy tytuł i dumnie, choć po cichu, nazwałam ją „jak dobrze żyć”. Tylko po to, by rok później zmienić go na „jak nie żyć, żeby przeżyć” – o jedności w człowieku i jej totalnym rozjechaniu”.

Samo to, że chciałam wziąć na swoje barki pełną odpowiedzialność, za tak ważne treści, pozostawiam na razie bez komentarza. Do refleksji własnej, że tak powiem.

Zadaję sobie pytanie kiedy oko publiczne ma ujrzeć taki materiał?
Kiedy on będzie gotowy? Może kiedy znajdę jedność? Kiedy znajdę własną równowagę w życiu.
Nie za wysoko i nie za nisko. Nie za bardzo do przodu,ale też nie zostając za bardzo z tyłu- po środku.

Jak często chodzimy z głową do przodu, kiedy nasze praktyczne ludzkie nogi pozostają z tyłu, bo nie są jeszcze gotowe, żeby być tam, gdzie góra?

Paskudna pozycja i postawa dla człowieka. Siła grawitacji w takim położeniu zaczyna mocno nasze ciało nadwyrężać, bo środek ciężkości nie jest tam, gdzie powinien być dla optymalnego funkcjonowania całego człowieka.

Nabawiamy się w ten sposób bólu karku i pleców, a często również bólu głowy. Później, przygnieceni całym tym bólem, garbimy się i chodzimy patrząc w dół, zamiast przed siebie…

Brak równowagi.

Od kilku lat przyjaźnię się ze wspaniałą kobietą, którą poznałam jako mojego psychologa, kiedy rozstawaliśmy się z ówczesnym mężem.

I tak spotykamy się raz na jakiś czas, starając się trzymać jakąś równowagę w tej prywatno-nie prywatnej relacji. Równowagę, która pozwoli by ta relacja trwała i była dla nas obu dobra.

Spotkania z nią to jeden z moich najważniejszych pomostów pomiędzy magią życia, w której tak lubię unosić się, a praktyczną, również ludzką, rzeczywistością, w której stąpają moje dwie małe silne stopy.

Widziałam się z nią przedwczoraj. Jednym z ważniejszych rezultatów tego spotkania było to, że wczoraj wieczorem zaczęłam rozumieć źródło obecnego wewnętrznego konfliktu.

Te nasze prywatno-nie prywatne spotkania, jakoś szczęśliwie zawsze wypadają we właściwym czasie.
W czasie, kiedy po długich tygodniach poszukiwań duchowo-naukowych zaczynam kompletnie odlatywać z tego świata.

Konflikt wewnętrzny narasta, bo zamiast cieszyć się z moich odkryć, jak z nowo narodzonego dziecka (czytaj: cieszyć się bardzo mocno i długo, bo ono dorasta i zmienia się!), to ja

pluję sobie we własną twarz, że jestem jeszcze nie wystarczająco dobra.

Mam wtedy w głowie takie słowa jak „szaleństwa panny Ewy” i „cierpienia młodego Wertera”.
Śmieję się z siebie, ale nie do końca.

Zapominam, że jestem człowiekiem i, że taka ludzka kondycja- duch w ciele, które żyją razem i razem powinny kroczyć przez praktyczne ścieżki życia.
Im więcej poszukiwań duchowych, tym większe wymagania w stosunku do siebie, a mniej ludzkich radości. A przecież ja lubię te zwykłe ludzkie radości. Smutki też czasem, bo czym jest radość bez smutku?

Brak równowagi męczy bezlitośnie, bo mniej ludzkich radości jest jednoznaczny z odmawianiem sobie korzystania z życia w pełni.

To moja powtarzająca się historia- stawianie sobie poprzeczki zawsze za wysoko.
Jak wielu z nas podnosi swoją poprzeczkę bezustannie, żeby nigdy nie móc jej właściwie dotknąć?

Jak często wielu z nas dąży do niezdefiniowanej perfekcji? A przecież jest to misja nie do wykonania.

Uroboros- wąż pożerający własny ogon.

Wąż pożerający własny ogon symbolizuje nieskończoność, zjednoczenie przeciwieństw i wieczny powrót- koniec jest początkiem.
To nieskończona jedność duchowa i fizyczna wszechrzeczy, ale może też oznaczać błędne koło…

Wszystko jest perfekcyjne, dokładnie takie, jakie ma być w danym momencie naszego życia. Jednocześnie ten moment zmienia się, choć ciągle trwa (rzeka) i też my powinniśmy dokonać zmian w sobie, by do nowej sytuacji zaadoptować się.

Człowiek perfekcyjnie nieperfekcyjny. Naszym obowiązkiem wobec samych siebie jest odnaleźć równowagę w tym nieskończonym procesie przemiany. Odnaleźć równowagę w sobie, w naszym życiu.
Odnaleźć równowagę dla siebie.

Spokój i radość to niezwykle ważne czynniki naszego życia. Czy bez nich możemy cieszyć się życiem w pełni? I czy możliwe jest życie w spokoju i radości bez równowagi?

Wczoraj zostawiłam swoją poprzeczkę, tam gdzie ją umieściłam wcześniej.
I wreszcie udało mi się jej dosięgnąć!
Wczoraj wieczorem dałam sobie wreszcie przyzwolenie, żeby być człowiekiem, żeby nie próbować osiągnąć doskonałości, żeby móc popełniać błędy.
Wolno mi upaść. Mam przywilej, żeby wstać. Dlaczego nie korzystać z obu?

To tak, jakby wszystko było tylko światłem- gdyby nie było ciemności, nie było nocy, to czym byłby dzień?
Czy widzielibyśmy gwiazdy? Nie.

Równowaga w życiu. Jedność ducha i ciała.

Dziś obudziłam się w domu. Dziś obudziłam się człowiekiem.

To jest naprawdę piękny dzień.

Please follow and like us:
error

Rozstanie z ojcem.

27 maja 2018

Udało mi się. Przeżyłam ten czas największej i najbardziej dotychczas dramatycznej zmiany w moim życiu.
Dziś znów mogę otworzyć ten trudny pamiętnik, w którym część całego procesu udokumentowałam.
I chcę podzielić się moimi zapisami z tymi, którzy być może znajdą w nich jakieś pocieszenie lub po prostu oczyszczające łzy.

Z góry przepraszam za błędy, ale nie jest w stanie korygować moich zapisów.
Czuję, że muszę ten pamiętnik opublikować, ale nie jestem jeszcze w stanie go przeczytać. Boję się, że nie starczy mi na to sił. Jeszcze za wcześnie, żeby starczyło.

Cofnijmy się miesiąc w czasie.

Gdyby tylko to było możliwe…

Rozstanie z ojcem.

I think he’s really going this time. Who’s he going to be if he comes back? I don’t know if he’s ever coming back…

Mój ojciec miał kiedyś kasetę magnetofonową Jim Reeves. I Jim śpiewał tam taką piosenkę: „He’ll have to go”- On musi odejść”. Zawsze kojarzyła mi się z dzieciństwem i z tymi jego momentami, które lubiłam. Lubiłam słuchać tej kasety i tej piosenki. Ale teraz przepełnia mnie niewyobrażalnym smutkiem…

 

21 kwietnia 2018

Mój ojciec groził, że umiera na raka prostaty już od kilku dobrych lat.
Kiedy usłyszałam to po raz pierwszy oszalałam po czym szybko zaprzeczyłam faktom i już później przyzwyczaiłam się do tego, bo on przez te lata ciągle dobrze wyglądał. On dla mnie wcale nie umierał. Zawsze tylko myślałam i mu mówiłam, że to faszerowanie chemią i ufność w medycynę polskiego szpitala tego rodzaju go wykańcza.

Zawsze odżywał na swojej „działce”.
Od kiedy pamiętam mieliśmy ziemię i dom w Jasionnej. To jedna ze wsi pomiędzy Warszawą, a Radomiem. Chyba prababcia Jasia pochodziła z tamtych stron.

Wczoraj Ela powiedziała mi, że on zmienia się. Jego uda wyglądają jak jej łydki. Ela to moja mama, oni nie są razem od kiedy byłam małym dzieckiem. Całe szczęście, że nie są. Ale ona mu teraz pomaga.

Mój ojciec zawsze był mocny. Sportowiec. Pił, ale dalej sportowiec. Do dziś pamiętam jak robił stójki w poziomie na kciuku i palcu wskazującym, a ja zawsze chciałam tak umieć. Umiem.

On  był dobrze zbudowany i mocny, cholernie mocny fizycznie. Dziś już nie jest. Potrzebuje na kimś wesprzeć się, żeby pójść do ubikacji.

Nie widziałam go od zeszłego września chyba. To wtedy znów wróciłam z Polski do Australii.

Pierwszy raz widziałam go słabego dobrych kilka lat temu po bardzo ciężkim wypadku samochodowym. On był tak nieduży na wielkim łóżku szpitalnym. Prawie wyparłam to doświadczenie ze świadomości. On zrehabilitował się po tamtym wypadku i dalej był mocny. Całe jego prawe ramię stało się jeszcze silniejsze niż było, bo lewa ręka była niewładna w dużym stopniu i prawa nadrabiała za obie.

Przez całą jego chorobę jakoś do zmian przyzwyczaiłam się, ale nie wiem, czy będę umiała go zobaczyć mniejszego i słabszego niż znam z zeszłego roku. I jednocześnie mam nadzieję, że będę miała tą szansę.
Zadzwoniłam i odebrał telefon. Ulga. Boję się, że już niedługo go nie odbierze, że zadzwonię i po drugiej stronie zamiast jego głosu będzie cisza.

To wszystko jest dziwne. Surrealizm…
Słyszysz lub czytasz historię o tym , że ktoś jest chory na raka, że następują zmiany, że to, że tamto. Przerażające i niewyobrażalne.

A później wchodzisz do mieszkania własnego ojca, który jest chory na raka i rozmawiasz z nim normalnie. Widzisz jak się zmienił, ale nadal rozmawiacie zwyczajnie. Widzisz tony lekarstw, zmiany ciała od chemii i leżenia w łóżku, wszystko jest jakoś inaczej, ale po prostu jest i nie możesz zastanawiać się nad tym. Jest i już.

Niby tak, ale nadal mam w pamięci obraz dziadka, który już nie mógł mówić, bo przerzuty na mózg to uniemożliwiły, ale jeszcze sam robił zastrzyki z insuliny w wychudzone udo.

Ten obraz jest bardzo żywy. Zbyt żywy. On dla mnie zawsze nadal siedzi na ich balkonie na Czerniakowie, a babcia coś robi w kuchni.

To mieszkanie jest dawno sprzedane. Żadnego z nich nie ma z nami od lat, a ja nadal tam jestem.

A teraz odchodzi mój ojciec, a z nim potężna część mojego dzieciństwa.

Nie potrafię się z tym pogodzić jeszcze. Nie wiem, co mi zostanie.

Wiem, że potrzebuję nowych połączeń, zbudować nowe emocje, dać wspomnieniom żyć, a z częścią z nich rozstać się.

Ale jak rozstać się ze wspomnieniami z dzieciństwa? Jak w końcu dorosnąć?

Jak wrócić do domu, którego nigdy nie miałam?

Chyba tylko jedno jest wyjście. Zbudować swój własny dom.

 

26 kwietnia 2018

Kolejna informacja od mojej mamy. Sprawy zaczęły toczyć się szybciej niż wszyscy myśleli, Ela załatwia ojcu hospicjum, bo on już potrzebuje, żeby ktoś przy nim był ciągle. Mój ojciec… Mój silny ojciec.
To było rano.

Zadzwoniłam do niego po pracy, rozmawialiśmy. Właściwie niewiele rozmawialiśmy i to on mnie pocieszał, bo nie mogłam przestać płakać. Jak do niego dzwoniłam już i tak byłam ledwo przytomna i było mi cholernie niedobrze. Byłam emocjonalnie wykończona.

Nic z tego wszystkiego nie rozumiem. Proszę Boga o pomoc dla ojca, dla siebie, dla mojej rodziny Wiem, że mi pomoże. I pomaga.
Ale nie zawsze teraz proszę. Chcę to przeżyć jakoś, Nie wiem, czy chcę zrozumieć- jestem prawie pewna, że to zrozumienie nie jest możliwe, ale chcę doświadczyć, bo boję się, żeby w sobie tych emocji nie pogrzebać. Wiem, że to boli jeszcze bardziej niż ich doświadczyć i zaakceptować.

Więcej nie umiem napisać. Po prostu nic nie rozumiem. Ale tak bardzo cieszę się, że odebrał telefon i jeszcze rozmawialiśmy dziś. Boję się też, że go kiedyś nie odbierze. Cholernie tego boję się.

Mój ojciec zranił w życiu innych ludzi nie raz i nie dwa. Życie z nim nie było takie znów różowe, ale przecież to tak jest, że działamy tak, jak potrafimy w danym czasie.
Myśl, że on odchodzi, że go już mogę nie zobaczyć boli niewyobrażalnie bardziej niż każda wyrządzona wcześniej przykrość.

 

2 maja 2018

Uspokoiłam się nieco, są dni, a właściwie chwile, kiedy łatwiej mi zaakceptować tą niewyobrażalną zmianę w życiu. A jednak zeszły tydzień zostawił po sobie brudne ślady w postaci dziur w życiu, których nie umiem jeszcze zapełnić nowym.

Ojciec nie odbiera telefonu od trzech dni. To, czego tak bałam się kilka dni temu już się dzieje.
Ela mówi, że on ciągle śpi, bo jest na silnych prochach przeciwbólowych, a jego pomoc ścisza telefon, bo dźwięk ją denerwuje. Ale podobno jak ojciec budzi się to rozmawia przytomnie.
Tylko, że ja jestem w Australii i ani go nie widzę, ani nie mogę z nim porozmawiać. Od Polski i od tego kontaktu dzieli mnie odległość dwóch dni lotu i budżet, którego obecnie nie zarabiam.

Dziwne dylematy.
Rzucić wszystko i przylecieć teraz? A co z moim życiem? Przecież też mam zobowiązania. Nawet jakbym mogła przylecieć teraz do Polski, będę musiała wrócić do swojego życia po kilku tygodniach. Chyba, że chce je zostawić. Ale przecież nie chce zostawić – to moje życie!
A jeśli nie przylecę? Co będzie jeśli nie przylecę teraz i już Andrzeja, mojego ojca, nigdy nie zobaczę?

Nie wiem. Jedno tłuste i ciężkie NIE WIEM.

Jest mi niedobrze od nadmiaru emocji. Strachu, smutku, rozpaczy, złości czasem.
Muszę zadbać o siebie w tej chwili, inaczej mnie to zniszczy, a przecież ja też chcę żyć.

Przestaję pisać i odrywam się od tej nierealnej sytuacji do chłodu zimowego australijskiego poranka, spokoju natury, życiodajnej energii ruchu i oddechu.

 

Nieco później 2go maja

Takie mam przemyślenia po rozmowie z przyjacielem, który stracił rodziców:

Musisz to zaakceptować zamiast próbować zrozumieć.

Pogódź się z tym Ania. To jest za duże, żebyś umiała zrozumieć. Może kiedyś. Ale nie teraz. Jeszcze nie teraz.

Tak, jak wierzysz w Boga. Przecież niewiele z tego wszystkiego rozumiesz, a jednak wierzysz.

Pogódź się.

Nie ma dziadka Bogdana, ani babci Krysi (rodzice ojca), ojciec słabnie.

Ale Ty nadal jesteś. Masz życie i je kochasz. Chcesz żyć.

 

7 Maja 2018

Ucieczka, o której pisałam powyżej nie na długo pomogła. Codziennie dostaje aktualne informacje z Polski o stanie ojca. Proszę o to.
Cały ten paskudny pakunek emocji siedzi w moim brzuchu i niestrudzenie powraca co chwilę.
Nie pisałam od kilku dni, bo bałam się otworzyć te zapiski i brutalnie dla siebie spojrzeć prawdzie w oczy.

Studiowanie psychologicznego aspektu całej sytuacji nie na wiele zdaje się, bo w sumie to wszystko już wiem, ale czy to zmienia co się dzieje? Nie.

Znowu ta sama sytuacja- to, czego bałam się kilka dni temu już jest rzeczywistością.

Andrzej już nie wstaje z łóżka. Prawie nie mówi. Czasem nie ma z nim w ogóle kontaktu.

Z tego, co mówi Ela, wnioskuję, a może mi się tylko wydaje, że on jest tam obecny i nadal chce żyć, ale ma ograniczone możliwości kontaktu ze światem.
Tego właśnie bał się- przez cały czas choroby mówił, że jedyne, czego boi się to, że będzie przykuty do łóżka jak warzywo. Ja w to nigdy nie wierzyłam, w ogóle takiego obrazu nie dopuszczałam do wizji.
A teraz to jest realne.

Pisanie o tym wszystkim jest jednocześnie ulgą i udręką. Czasem nie widzę tekstu przez spazmy i łzy.

Ale unikanie pisania jest jeszcze gorsze, bo te wszystkie emocje, strachy i wizje zbierają się razem i siedzą wielkim brzydkim włochatym kłębowiskiem w brzuchu, gardle i gdzie im się podoba sprawiając, że nie umiem przełknąć własnej śliny, bo NIC nie mieści się już do środka.

 Teraz będą wielkie– bardzo trudne słowa, których wypowiedzenie w myślach było łatwiejsze niż przelanie w tekst pisany… Uczę się teraz o żałobie przed śmiercią bliskiej osoby.

Już samie napisanie i przeczytanie powyższego zdania wydaje mi się w tej chwili idiotyczne. Nieprawda, to się nie dzieje. Zaprzeczenie.
Taki mechanizm obronny, który jest o kant rozbić w obecnej sytuacji…
Jaki ma sens brak akceptacji faktów? Nie ma sensu, prowadzi tylko do konfliktu i większego bólu.

A jednak zaprzeczam. To podobno normalne w obliczu śmierci bliskiej osoby.

Przeżywasz rozdwojenie- z jednej strony jest nadzieja, że zdarzy się cud i mój ojciec wróci do zdrowia i wszystko będzie dobrze, z drugiej strony nie tak to wygląda i chcesz pogodzić się ze stratą.

Pewnie jakbym była na miejscu i pomagała opiekować się ojcem teraz, część pytań by rozpuściła się w brutalnych realiach jego choroby.
Ale nie jestem, fizycznie jestem bardzo daleko. Mentalnie i emocjonalnie jestem za to w świecie mikstury własnych wizji, domysłów, strachu, żalu, złości, zaprzeczenia, akceptacji, cholernie ciężkiej rozpaczy, poczucia winy, chęci obrony własnego życia i kilku innych emocji i stanów, których teraz nie chcę nawet pamiętać.

Naukowa wiedza psychologiczna na temat umieranie bliskiej osoby pomaga obecnie w małym zakresie, bo oręż „przeciwnika” jest w grubej przewadze, którą sama dozbrajam własnymi emocjami.

Ale wiem, że mam prawo te emocje przeżywać. Staram się jednak nie ponieść na ich fali i znajdywać sens i śmiech w codziennym życiu.

Znam dużo osób, których rodzice zmarli. Włączając w to mojego ojca.
To podobno można nie tylko przeżyć, ale i nadal mieć dobre życie po.

Jestem sama na siebie zła, że pewne słowa i myśli piszę, ale one są…
Przecież lepiej, żeby wyszły niż siedziały w środku siejąc jeszcze większe spustoszenie.

W chwili, w której piszę to zdanie najcięższe jest to, że siedzę o piątej rano w łóżku nad oceanem, tysiące kilometrów  od mojej rodziny i piszę te wywody podczas, kiedy ktoś inny pomaga ojcu przeżyć kolejny dzień…

 

O 9 rano zadzwoniła moja mama. Wiedziałam już co chce powiedzieć, a może właśnie nie chciała, ale musiała. Mój ojciec zmarł. Andrzej nie żyje. 7 maja to tydzień przed jego urodzinami. Cztery godziny temu myślałam, że to się wszystko może jeszcze zmienić. Może i może, ale na pewno nie w taki sposób, jak miałam nadzieję.

Cały mętlik emocji rozpuścił się w oceanie łez. Nie ma strachu, nie ma poczucia winy, nie ma nic poza niewyobrażalnym smutkiem, pustką i niezrozumieniem. Niewyobrażalnym smutkiem.

Poprosiłam Elę, żeby wysłała jego zdjęcie, które zrobiła, kilka godzin temu, kiedy jeszcze żył. Bardzo trudne zdjęcie. Myślę, że psychicznie musiało ojca wykańczać, że był w takim stanie fizycznym. Fizyczny ból też go wykańczał.

Nic więcej nie umiem teraz napisać, ale musiałam. Musiałam napisać i zobaczyć te słowa. Mój ojciec nie żyje.

 

8 maja 2018

Leje od wczoraj.

Wczorajszy dzień był dziwny. Po prostu dziwny. Nic nie rozumiałam. Wyłam, liczba treningów różnego rodzaju, które zrobiłam wystarczyłaby niejednemu na cały tydzień. Nawet popracowałam siedząc przy Eve, biskiej przyjaciółce, która ze mną została. Pracowałyśmy razem.

Wyłam, płakałam się, śmiałam się też. Spać i jeść nie bardzo mogłam, ale za to wypiłam morze herbat ziołowych na uspokojenie. To chyba nie te zioła…

 

Dziś znów skupiłam się na działaniu i akcji. Zaprojektowałam swój dom, znów sport, kupiłam bilet do Polski, poszłam do pracy, wzięłam na klatę to, co usłyszałam oznajmiając, że wylatuję na cztery tygodnie, przeorganizowałam wszystkie sprawy, które musiałam przed wylotem, wykonałam jeszcze kilka innych zadań, które czekały na liście i czekam na te ziołowe herbaty. Muszę przestać biec w tym tempie, bo znów nie będę spała.

Nie mogę myśleć, pisanie jest trudne. Idę na spacer.

 

13 maja 2018

Jest niedziela. Lecę w nocy do Polski. Jeszcze dużo do zrobienia przed wylotem.
W Polsce będę w poniedziałek około południa. Tylko dwa dni w samolotach…

Będę musiała być twarda i użyć wszystkich dostępnych strategii, żeby nadal trzymać emocje i uczucia tam gdzie je, bezpiecznie odsunęłam kilka dni temu. Niech jeszcze zostaną za moją tarczą, na boku. Próbują przepchnąć się, ale to moja tarcza i to ja ją zdejmę, jak będę gotowa.

Ty wybierasz, Ty decydujesz. To Twoje życie.

Zdecydowałam, że nie mogę przeżywać tego wszystkiego teraz kilka razy. Muszę o siebie zadbać, a nie krzywdzić się. Po przylocie do Polski i tak te wszystkie emocje i uczucia będą żywe. Niemożliwie żywe. I ja tam będę. Gotowa stawić czoła całemu doświadczeniu. I gotowa wyjść z niego pogodzona, spokojniejsza i silna.
Takie są cele tej mojej dziwnej podróży do mojego domu w Polsce – polecieć na pogrzeb ojca, przeżyć to wszystko, być z rodziną, pomóc pozałatwiać, co trzeba, a później wrócić do mojego domu w Australii, do Miami w Gold Coast i żyć moim życiem. Kocham życie.

Rozstanie, a właściwie pogodzenie się z przeszłością to początek nowego życia.

Nie płaczę jak piszę te słowa. Nadal odkładam wszystko na bok, poza moją tarczę. Muszę teraz działać efektywnie, a nie pływać w gęstej rzece ciężkiego smutku, żalu, niezrozumienia i ich wiernych towarzyszy o nieprzyjemnie sercu brzmiących imionach…

Działam, dbam o siebie jak umiem, żeby ciało i umysł mogły poradzić sobie z zadanie, które nam postawiłam.

 

Sama jestem ciekawa jak będzie wyglądał ten lot do Polski, już innej dla mnie Polski, i na ile będę gotowa, żeby zdjąć moją tarczę… Zdecyduję w samolocie.

Podróż samolotem to taki dziwny stan przejścia. Nie jesteś, ani w miejscu z którego wyleciałeś, nie jesteś też w miejscu, do którego lecisz. Jesteś w powietrzu i nie masz nic poza sobą. Reszta na chwilę cichnie. Jeśli na to pozwolisz. Podróż samolotem może przynieść spostrzeżenia i przemyślenia, które samego Ciebie zaskoczą. Jeśli na to pozwolisz.

 

14 maja 2018

Urodziny ojca…

Jestem w Dubaju na lotnisku. Surrealistyczna sytuacja… Przez błąd linii lotniczych Emirates nie zdążyliśmy (my- ich pasażerowie) na następny lot. Z Dubaju do Warszawy. Panika, płacz, łzy. Przecież mieli mnie „dowieźć” na pogrzeb mojego taty… Kompletnie spieprzyli sprawę i nadal mają to gdzieś. Nieludzkie traktowanie. Czy zdążę??

 

18 maja 2018

Pierwszy dzień kiedy mogę znów otworzyć mój pamiętnik rozstania z ojcem bez ataku histerii.
Pisać nie mogę, myślałam, że już będę umiała, ale nie mogę. Brak mi tchu.

27 maja 2018

To dla Ciebie tato. Tak chciałabym powiedzieć.
Ale przecież to bardziej dla mnie. I dla innych, którzy żyją w tym świecie.

Śmierć rodzica to bardzo bardzo paskudne doświadczenie. Szczególnie jak nie masz własnych dzieci. Ogrom końca, pustki, bliskości śmierci, bezradności, bólu, buntu, jeszcze większego bólu wydaje się nie  mieć końca. I nie ma dokąd uciec.
Nagle, chcesz tego, czy nie, jesteś dorosły. Nie masz wyjścia.

W procesie jakiegoś radzenia sobie z tym wszystkim napisałam mapę, której staram trzymać się krocząc przez ten nieznany grunt pełen pułapek:

ROZSTANIE

PUSTKA, BRAK, SMUTEK

POŻEGNANIE W POKOJU

POGODZENIE SIĘ, AKCEPTACJA

DOBRE WSPOMNIENIA I ŻYCZENIA, MODLITWA W RAOŚCI I WDZIĘCZNOŚCI, SZACUNEK

NOWE, SZCZĘŚLIWE, ZDROWE ŻYCIE

 

Ta mapa jest raczej pokrętna- nie wygląda na to, że po przekroczeniu etapu PUSTKA, BRAK, SMUTEK już do niego nie wrócę, ale staram się trzymać planu na ile mogę w danej chwili.

Na więcej sił mi dziś nie starcza.

Please follow and like us:
error