Izolacja. W cyklony chodzę w piance.

Grudzień 2018, Gold Coast, Queensland, Australia

W cyklony chodzę w piance, która izoluje mnie od gęstych ścian wody utkanych z ciężkich kropli niżowego deszczu.

Jak jest plus pięć tysięcy stopni Celsjusza latem, chodzę z parasolką.

Lubię jak tu pada latem. Wolę to niż słoneczną lampę ekstremalnie wysokiego UV , która izoluje mnie przed światem zewnętrznym dużo skuteczniej niż ulewny deszcz.

A i skutki tej izolacji odczuwam bardziej dotkliwie, właściwie dramatycznie.
Czuję się jak w więzieniu na pustyni…

Siedzieć w więzieniu gorącego domu nie jest przyjemnie, ale wydostać się na “pustynię” na zewnątrz, by spłonąć żywcem w słońcu, które zdaje się być zbyt blisko też nie jest atrakcyjną opcją.

Tutejsza wiosna i jesień to przepiękne pory roku i stabilne, dalekie od ekstremalnych temperatur. Zima również jest tu ładna, chociaż czasem potrafi dać w kość, jak masz 5 stopni Celsjusza w domu i śpisz w grubej czapce, a z nosa zwisa topiący się sopel.

Ale lato jest tu ciężkie.
Nie jest też ładne, bo o ile nie ma cyklonu kiedy to wszystko płynie obfitymi strumieniami i ogólnie jest dość dramatycznie,  to jest sucho tak, że dziwię się czasem, że żółtawe resztki trawy nie zapalają się od gorących ludzkich kroków.

Pamiętam, jak kiedyś mówiłam, że lubię się pocić i jak jest ciepło.
Nadal lubię jak jest ciepło, ale nie lubię tutejszych upałów.
W tym roku czuję się bardzo źle.

Nie zawsze tak fatalnie czułam się tutaj latem, ale w tym roku jest wyjątkowo słabo.
Zupełnie jakby mój mózg znalazł pomysł na to, jak mi “ułatwić” wyjazd…

Takie słabe poczucie dużo mówi człowiekowi.
Przede wszystkim, że czas zmienić to, co nas zabija.
Nawet jeśli sam proces zmiany przeraża.

Wszechświatem rządzi fizyka kwantowa w praktyce, czyli prawo przyciągania.

Więcej smutku= więcej smutku.
Więcej radości = więcej radości.

Życie kocha życie.

Więcej życia = więcej życia.

Zmieniamy się.
Czasem to, co służyło nam przez 10 lat, przestaje być takie super i trzeba  zmieniać, co nam nie służy.

Życie w związku, który polega na wzajemnym oskarżeniach i kłótniach nie ma sensu. Oznacza śmierć.
Życie w miejscu, gdzie nie ma szansy na rozwój, a to Twój obecny priorytet, to też śmierć.

Przeciągając się rano w łóżku, otworzyłam Nowy Testament na przypadkowej stronie.
Trzymam go zawsze przy łóżku i czasem czytam rano. Często znajduję w ten sposób zaskakujące odpowiedzi. Zaskakujące, bo często na pytania, których nie zadałam w tym właśnie momencie.

Dziś otworzyłam go na przypowieści “Podobieństwo o talentach” (Ew. Św. Mateusza 25, 14-30).

Nie będę rozpisywała się o samej przypowieści. Pozwolę sobie przytoczyć fragment interpretacji, który mniej więcej oddaje, co zrozumiałam ja:

“Jedną z prostych nauk wynikających z przypowieści o talentach jest to, że odnoszenie korzyści z naszych zasobów, rozumu i pracy nie jest niemoralne. Co więcej, w przeciwieństwie do osiągania zysków, ponoszenie strat, czyli marnotrawstwo bogactwa, szczególnie z powodu braku inicjatywy, jest postępowaniem złym.”

Przeczytałam “Podobieństwo o talentach” i wyciągnęłam wniosek.
Obecnie żyję w sytuacji-miejscu, gdzie nie mam szansy na rozwój. Wykorzystanie tego, co umiem i dalszy rozwój to mój priorytet, więc pozostawanie w miejscu, gdzie to nie stanie się, to marnotrawstwo. Umieranie za życia.

I tak to właśnie dla mnie teraz wygląda.
Przeciętne życie, nawet jeśli w Australii, to dla mnie zastój i śmierć.
A ja lubię życie i lubię żyć. Bardzo lubię.

Może mogłam zobaczyć jak małe i ciasne jest Gold Coast kiedy to przyleciałam?
A może nie. Przecież jest też piękne. I w końcu stało się moim Australijskim domem.
Nie wszystko było tu złe lub dobre. Po prostu było. Jest.
A teraz czas na zmianę.
Tak zdecydowałam.

zyciowa zmiana transition

Jedno jest pewne, przez te australijskie lata nabrałam siły i mega pewności siebie.
I to ze sobą zabiorę gdziekolwiek pójdę. Mam nadzieję, że zawsze starczy mi siły.

Wszystko zaczęło się prawie 10 lat temu, kiedy to wylądowałam w Australii po raz pierwszy.

Takie wspomnienia znalazłam w artykułach, które napisałam po wylądowaniu na Gold Coast.

21 czerwca 2009r.

Leje, jak z cebra. Podobno dopiero od wczoraj. Za to ciepło jest. Cieplej niż w Sydney. Przynajmniej w ciągu dnia, bo w nocy dalej śpię w dresie i skarpetach … W końcu zima tu, więc nie ma, co tak się dziwić.

Gold Coast robi na mnie dziwne wrażenie – z jednej strony duże, a raczej „długie” – ciągnie się dziesiątkami kilometrów wzdłuż wybrzeża, z drugiej jednak, ciasna, mała mieścina. Za to plaże ładne, nawet w strugach deszczu.”

Ania Stan Mermaid Beach 2009

3 lipca 2009r.

Kolejny dzień szukania pracy na Gold Coast w czasach kryzysu i australijskiej zimy…
Co tu dużo mówić – idzie jak po grudzie. Nawet w tak uroczych restauracyjkach, jak McDonalds’ i jego tutejszy odpowiednik Hungry Jack’s jeszcze mi się nie udało. Posucha.
Przez tą turystyczną ciszę mam czasem poczucie, że utknęłam w miasteczku rodem z ekranizacji powieści Stephena Kinga. To znaczy na takim pustkowiu, gdzie jedyną imitacją jakiegokolwiek życia jest toczące się przez środek ekranu krzaczysko zwinięte w kulę.”

Ania Stan Sundale bridge Gold Coast

Czytając powyższe wspomnienia dziś, zdaję sobie sprawę, że już na samym początku widziałam pustkę, która w końcu i mi się udzieliła. Co teraz czuję dotkliwie.

Człowiek nie jest stworzony do życia w izolacji.

Rzecz jasna nie zawsze żyłam tu pośród pustki i w izolacji.
Moje australijskie życie było niezwykle pełne. Ale to na inne opowieści.

12 grudnia 2018

Wczoraj poszłam na rezonans magnetyczny mózgu. Dużo już tych moich rezonansów różnych części ciała było.

Ten wyjątkowy. Bardzo podobał mi się. Około 20 minut medytacji z dziwnymi dźwiękami maszyny do rezonansu. Leżysz w tubie, nie możesz ruszyć się, korki w uszach i specjalne na uszach, żeby unieruchomić głowę i dodatkowo wygłuszyć dźwięk, nad głową jakaś dziwna konstrukcja, a wokół tuba. W szpitalnej sali jesteś tylko Ty zamknięta wewnątrz maszyny do rezonansu.

Przed wejściem na salę pogadałam z pielęgniarkami i kazały mi zdjąć wszystko. Dokładne były. Aż zdziwiłam się, że nie proszą bym zdjęła tatuaże.
Były też bardzo fajne i wesołe i dały mi do ubrania piżamę szpitalną-mundurek. Niebieską. Ten sam rozmiar dla każdego. 10 numerów za duża dla mnie.

Nie miałam przy sobie i na sobie nic swojego. Żadnego kolczyka nawet.
Byłam tylko ja w za wielkim niebieskim szpitalnym mundurku.
Jakoś dziwnie było mi z tym wszystkim bardzo dobrze.

Odstawiłam na bok nabyte aspekty tożsamości i po prostu byłam. Bez niczego, co do mnie należy. Tylko ja i ta wielka niebieska piżama.
Oddałam na chwilę odpowiedzialność za siebie w ręce ludzi ze szpitala na tej sali.
Zrobiło mi się lekko. Bardzo lekko.

Czułam się spokojna i bezpieczna. Strach, związany z kolejną zmianą kraju i wszystkiego co się z tym wiąże, zniknął.
Czułam się lepiej niż w samolocie.

Lubię latać, bo nie ma tam nic innego poza przyjemnością BYCIA.
Co zostawiłam w jednym miejscu w samolocie nie ma znaczenia. Co będzie po drugiej stronie, tam gdzie lecę, też nie ma znaczenia, bo przecież nie wydarzyło się. Po prostu jestem.

Czas bez czasu…

Ale jak każda bajka i ta się skończyła.
Po wszystkim przebrałam się i poszłam. Na piechotę i niechętnie do rzeczywistości.
Ale szpitalny niebieski mundurek zabrałam ze sobą.

Please follow and like us:
error

How ya goin mate? czyli bieżące obserwacje międzykulturowe.

Obserwacje międzykulturowe, a raczej australijsko-polskie smaki, które mieszają się w moich komórkach tej pięknej australijskiej wiosny do złudzenia przypominającej mi polską jesień.

Ania Stan

Październik 2018

Może zacznę od tego, że nadal mieszkam na Gold Coast w słonecznym Queensland. To nadaje dodatkowego wyrazu mojej wiosennej potrawce z obserwacji międzykulturowych i podążających za nimi myśli.

Ania Stan

Słowa takie jak luz i swoboda nabierają na Gold Coast nowego znaczenia.

Sami popatrzcie na zdjęcie powyżej. To nie jest niecodzienny obrazek. To właśnie codzienność. Wysportowane piękne dziewczyny w krótkich fit-ubrankach i świetnie wyrzeźbieni australijscy piękni chłopcy (zazwyczaj tylko w szortach) kręcą się w okolicach plaży zawsze, niezależnie od pory roku i pogody.
Może zimą niektórzy z nich założą cienkie pianki, jak idą serfować lub koszulki, jak nie idą surfować. Nagie ciało ściele się gęsto przy strzeżonych plażach, ale są też długie pasy wybrzeża, gdzie żadne ciało nie ściele się (całe szczęście) i jest wspaniały widok. Czysta plaża z jasnym piaskiem, błękitne niebo i bezkres Pacyfiku.

Ania Stan

Ludzie odnoszą się do siebie nie tylko uprzejmie, ale zazwyczaj też przyjaźnie. Jasne, że nie zawsze i nie wszyscy tacy są, ludzie są ludźmi w końcu, niezależnie od końca świata…

Kłamać nie będę, jak masz tu w porządku pracę i swój przyzwoity kąt, życie na wybrzeżu jest bardzo przyjemne. Gold Coast jest śliczne, pogoda bardzo do życia, okolice bogate w różne atrakcje (a jak komuś za mało, może wsiąść w samolot i zwiedzić inne regiony), i łatwo rozmawiać z ludźmi na ulicy, wiek nie ma granicy! 70 i 80-ciolatkowie chodzą na siłownię, biorą udział w zawodach pływackich, jeżdżą na kempingi i prowadzą bogate życie towarzyskie. Wiadomo, że nie wszyscy, ale opis chyba oddaje obraz panującej tu atmosfery dość dobrze.

Oczywiście są i inne strony życia nad brzegiem Pacyfiku w uroczej miejscowości turystycznej, ale nie o tym dziś chcę opowiedzieć. Teraz nastąpi relacja kulturalno-kulturowa, w świetle powyższego wstępu.

Wczoraj poszliśmy do teatru. To była moja pierwsza wizyta w teatrze na Gold Coast, mimo, że mieszkam tu od 2009. Wygląda na to, że nie jest to popularna forma spędzania czasu wśród mieszkańców wybrzeża. Mam tutaj chyba tylko jednego znajomego, który zadeklarował, że jemu też teatru brakuje.

A brakuje, bo nie ma tu regularnie wystawianych sztuk.

Sporty wodne cieszą się zdecydowanie większą popularnością niż teatr i raczej nie powinno mnie to dziwić skoro sama wolę spędzać czas na świeżym powietrzu.

Ale są takie aspekty życia miejskiego, których mi na Gold Coast bardzo brakuje i myślę, że to uczucie pogłębia się każdej wiosny będącej zapowiedzią letnich mega upałów.

Świeże powietrze latem wcale nie jest takie świeże, jest gorące i lepkie, a czasem nawet parzy w cieniu, ocean to często ciepła zupa, o basenie nie wspomnę. Nawet woda z prysznica leci letnia, a czasem nawet ciepława.

Takie lato zaprasza mnie szeroko otwartymi spoconymi ramionami do odwiedzenia jakiegoś schronienia przed słońcem, które już od 4 rano działa z wigorem.

No więc ten teatr. Kupiliśmy bilety w ramach akcji charytatywnej i poszliśmy na muzyczne przedstawienie “We will rock you”, oparte na piosenkach Queen.

Teatr mały, bardzo nawet, po prawej od wejścia bar, po lewej toalety, a na wprost sala teatralna wypełniona stolikami, trochę jak w kawiarni.

Ania Stan

Idąc tam nie wiedziałam czego spodziewać się, więc ubrałam się formalnie-nieformalnie, dżinsowe szorty i biała koszula, dla przyzwoitości zamieniłam japonki na eleganckie sandały, zresztą jedyne, jakie mam.

I świetnie trafiłam, bo tak tu było – formalnie-nieformalnie. Inni ubrani byli podobnie i ogólnie panowała stonowana, ale swobodna atmosfera. Właściwie tego spodziewałam się i przyznam się, że w drodze zastanawiałam się, czy będą w tetrze mieli bar, bo w Australii jeszcze nie widziałam miejsca w jakiś sposób kojarzonego z rozrywką, w którym by baru nie było. Byłam też ciekawa, jak ludzie ubiorą się i będą się zachowywać.

Niespodzianek nie było większych, wszystko odbyło się w lekkiej australijskiej atmosferze.
Można było zamówić drinka i jakąś przekąskę, zabrać do stolika i używać pomiędzy oklaskami.

Oklasków, serdecznych i głośnych, było dużo.
Przedstawienie było wspaniałe.

Aktorzy świetni w swoich rolach, połączenie opowiadanej historii z muzyką Queen stanowiło harmonijną kompozycję, a samo wykonanie muzyczne – czapki z głów!
I ta choreografia!
Artyści byli idealnie zsynchronizowani w tańcu i śpiewie i niezwykle sprawni w ruchach, a kostiumy (często skąpe w materiał) leżały na nich, jak  własna skóra. Niezależnie od swoich rozmiarów każdy z wykonawców prezentował się rewelacyjnie.

Artystami byli w większości młodzi ludzie, najwyraźniej bardzo zdolni i zdeterminowani, by swoją sztukę zabrać na największy poziom.

Bardzo ich determinację i profesjonalizm podziwiam, przecież nikt im za przygotowania i występ nie płaci, oni po prostu chcą.

Wyszłam z teatru zachwycona i zainspirowana i kolejnych kilka dni słuchałam największych przebojów Queen z wypiekami na duszy.

Te wypieki na duszy pogłębia nadal australijska wiosna, która trwa od września do listopada i zawsze wprowadza mnie w nieco nostalgiczny, magiczny nastrój.

Każdej spędzonej w Australii wiosny czuję polską jesień, która ogarnia mnie zapachem i kolorami spadających liści i świeżością poranków. Czuję też wiosnę, której słoneczny uśmiech wśród kwitnących krzewów burzy krew w moich żyłach i sprawia, że chcę tańczyć, śpiewać i wziąć z życia jeszcze więcej!

To jest przedziwne uczucie, trochę jak łzy smutku i radości jednocześnie. Nostalgiczne, ale przyjemne, magiczne i obiecujące, że zdarzy się coś wspaniałego.

Tej wiosny czuję się jak moja jedyna roślinka w obecnym domu- mała gałązka pelargonii, którą dostałam od Julie ponad miesiąc temu.
Trzymam ją w wodzie w szklanej butelce i wystawiam z troską na poranne słońce. Pelargonia zaczęła niedawno puszczać malutkie korzenie, ale nadal pływają one w wodzie i może niedługo będą gotowe zakorzenić się w ziemi. Ale jeszcze nie teraz. Za to pomiędzy liśćmi pojawił się dziś mały kwiatuszek. Moja mała nadzieja i radość.

Ania Stan

Please follow and like us:
error

Gdzie Rzym, a gdzie Krym.

Gdzie Rzym, a gdzie Krym, czyli co Australia ma wspólnego z Włochami?

Po pierwsze Fremantle.

Zachodnioaustralijskie Fremantle ma coś współnego z Włochami.
Nie tylko dlatego, że większość psów nazywa się Bella… 

Bardzo proszę, dla przykładu scena naładowana architektonicznie i kulturowo prosto z Rzymu! 😉

When in Rome by Ania Stan
Caffarella Park, Rome, Itally

A tu klimatyczne Australijsko Włoskie Perth

When in Fremantle by Ania Stan
Fremantle, Western Australia

Czy czas faktycznie zatrzymał się w samym Rzymie?

Nad Tybrem, obok Castel Sant` Angelo
Nad Tybrem, obok Castel Sant` Angelo

I tak i nie. Zresztą posłuchajcie.

P.S. Już pamiętam, to Fontana di Trevi 🙂

Fontana di Trevi by Ania Stan
Fontana di Trevi, widok od strony tejże fontanny…
Fontana di Trevi_ Ania Stan
a to już sama fontanna

Już prawie na koniec dorzucę jeszcze migawkę z okolic naprawdę-mega-dużego Piazza Venezia i nie-aż-tak-bardzo-zatłoczonej Rzymskiej ulicy

View from Piazza Venezia by Ania Stan
Piazza Venezia and not so busy Roman street

Poza dużym ruchem na włoskich ulicach, życie toczy się tu jednak nieco spokojniej. Zupełnie jakby zatrzymał się czas… 

Please follow and like us:
error