Ostatni dzwonek

Bunt i gniew

Przychodził do niej każdego dnia. Dziki, nieokiełznany, boleśnie szczery i nieznoszący sprzeciwu.

Ona mu się próbowała przeciwstawić.  Zignorować, przemilczeć, co się między nimi działo, dać sobą cisnąć na ziemię, zachować spokój w imię miłości i być dla niego dobrą mimo rozdzierającego bólu. Nie rozumiała, że jedynym czego od niej chciał była szczerość, prawda, jej własna prawda i zaakceptowanie jego, jakim jest.

Chciał, żeby zawołała jego imię, wykrzyczała, że cierpi i po prostu pozwoliła mu być przez krótką chwilę, w której każde z nich było po prostu sobą, bez udawania.

Ten związek nie musiał i nigdy nie miał się udać. On miał być burzliwy i krótkotrwały, pozostać jedynie przelotnym wspomnieniem, cenną nauką na przyszłość.

Kiedy to wreszcie pojęła i zaakceptowała jakim jest, on już spokojny opuścił swe nagie pięści, popatrzył na nią z miłością po raz pierwszy i odszedł tak nagle, jak pojawił się w jej życiu

Wake-up call obudź się…

Jasne, że mogę „wymedytować się” z różnych rzeczy, na przykład z tego, że system ogranicza moją wolność i teraz, w tej danej chwili być absolutnie wolnym człowiekiem.
Jednak po wyjściu z tego medytacyjnego stanu chwili doskonałej napotkam praktyczne życie- instytucje, przepisy, policja i urzędy je egzekwujące.
Tu już nie pomedytuję, tu trzeba się skupić i mieć siłę do działania.

Trzeba działać w bieżących okolicznościach, które, jak wszystko też kiedyś przeminą, ale nie można spuszczać oka z celu.
Może twoim obecnym celem jest odzyskanie pracy, którą straciłeś, uzyskanie środków do życia, których tak wielu pozbawiło zniewolenie przez państwo pod przykrywką ochrony życia?
Cokolwiek jest twoim celem, niech wzmocnienie samego siebie, wiary we własne siły, pewności siebie i zaufania do siebie będzie nim również. Dzięki temu łatwiej go osiągniesz.

Teraz gotuje się globalny gęsty gulasz i jego smak będzie zależał od każdego z nas indywidualnie i wszystkich razem.

Nie mogę już patrzeć na bezduszną gębę maski, która odbiera nam wspólną odporność i tożsamość- najpierw indywidualną, zastraszeniem oraz izolacją od natury i siebie nawzajem próbują wpędzić nas w gorsze samopoczucie .
Nie mogę patrzeć okiem uzbrojonym jedynie w wewnętrzną prawdę na kłamstwo na skalę globalną. Czujny obserwator widzi je wyraźnie, a jednak narody dalej ze skutą gębą płacą za zniewolenie własnymi kredytami, odsetkami, pieniędzmi wydawanymi na leki, technologie cyfrowe, media!
Chciałabym, żeby ci, którzy nadal żyją nadal w złudzeniu, ocknęli się wreszcie.

Obudź się człowieku dwudziestego pierwszego wieku, bo zanim się zorientowałeś wdepnąłeś w szambo po czubek własnego nosa.
Zmusili cię, niby po dobroci, a ty się temu poddałeś, bo wierzysz, że pracujesz 24/7 dla dobra siebie i rodziny. Nic bardziej mylnego. Ale tego już nie muszę ci mówić, swój rozum masz, widzisz, co się dzieje.

Obudź innych wokół siebie. Od tego zależy jak potoczą się nasze wspólne losy.
To jest czas, żeby zadać sobie pytania typu:

Co ja tutaj robię?

Jak chcę żeby wyglądało życie moje i najbliższych w najbliższych miesiącach, czy latach?

W co wierzę? Jakie są moje wartości? Które z nich to priorytet?

Co pozwoli mi go zrealizować na dłuższą metę? Jak to przekłada się na moje dzisiejsze działania?

lub, jeśli już pogadałeś o tym ze sobą, to czas, by szukać odpowiedzi na te pytania.
Już nie ma czasu na odwlekanie z własną decyzją, nie ma czasu na poddawanie się zniewoleniu, bo sprawy toczą się teraz szybko.

Obudź się. Rozejrzyj się wokół i myśl za siebie.

Razem jesteśmy silni, ale każdy z nas musi być silny i spójny z samym sobą.

Uspokój umysł, znajdź pokój w sercu, popatrz, co się dzieje, podejmij decyzję i nie bój się swojej prawdy, jaka by ona nie była. Czas zdjąć maski. Wszyscy musimy widzieć, kto, do której bramki gra.

Rock solid foundations

Żaden dom zbudowany na ulotnym piasku nie przetrwa czasu burzy, ale przetrwa i da bezpieczne schronienie ten, który zbudowano na solidnej skale.

Dano nam technologiczno- farmaceutyczną przynętę na ostrym haczyku, a my ją połknęliśmy niczym drobne płotki. Teraz miotamy się na uwięzi z tym haczykiem w ustach, wielu nadal nie zdaje sobie z tego sprawy. Pokolenie tabletów, I-cośtam i google. Zapytaj wyroczni “prawdę” ci powie…

Jaką wartość ma naprędce zdobyta „wiedza” w postaci internetowych informacji, jaka jest możliwość jej walidacji?
Jak możemy to ocenić będąc odseparowanymi od samych siebie i nie wiedząc w co wierzyć?

Solidną podstawą są wartości, które dla wielu z nas są podobne. Zbyt wiele szybkich i zdawkowych “informacji” wypacza je i zaburza nasz spokój oraz klarowność myślenia.

Teraz, kiedy ewidentnie jesteśmy w oku potężnej burzy, powinniśmy szukać solidnej podstawy, wzmacniać siebie i nasze poczucie wartości. Google na tego nie da.
Skąd czerpiesz swoją siłę?

Clean slate czyste konto

Według praw fizyki nieuporządkowanie wszechświata wzrasta, kiedy myślimy- przetwarzamy uporządkowaną energią w postaci jedzenia na energię nie uporządkowaną wydzielaną głównie w postaci ciepła.

Kiedy przeczytasz, usłyszysz, zobaczysz porcje informacji z książki, rozmowy, czy dowolnych źródeł, twój mózg przemyśli i przetworzy je tak, aby zapisać je w twojej pamięci w sposób uporządkowany.
Powiedzmy, że twój umysł uporządkował w twoim mózgu 2 miliony jednostek informacji, na przykład słów i obrazów. O tą liczbę nie trudno każdego dnia. Ciągle myślimy o tym, co będzie w przyszłości, co stało się „wczoraj” i pięć lat temu, co przekazały media, może przeczytaliśmy jakąś książkę lub jej fragment, porozmawialiśmy z rodziną, w pracy itd.

W tym samym czasie, gdy twój umysł wytężał się i myślał nad tymi 2 milionami jednostek informacji, ty zmieniałeś duże ilości energii uporządkowanej (jedzeni) na energię nieuporządkowaną w postaci ciepła, które rozproszyło się w powietrzu w skutek konwekcji i pocenia się. To zwiększyło nieporządek we wszechświecie o około 20 bilionów bilionów jednostek, czyli 10 milionów milionów milionów razy więcej niż wyniósł wzrost porządku w twoim mózgu…

Zacząć dzień z nowym kontem, porzucić wszelkie myśli, te bezpieczne i nie, chociaż jeden dzień w tygodniu zapomnieć o wszystkim po prostu nie myśleć, patrzeć w niebo, malować kolorowankę, szlifować blat. Nie myśleć, nie oceniać, nie myśleć, odsyłać myśli w kolorowych balonikach w przestrzeń, czuć, co przychodzi, niczego nie nazywać, oddychać.

AS

Nowy dzień to czyste konto, nowa szansa, żeby wyrwać się z trybów „niesprawiedliwości” dnia wczorajszego i zacząć życie od nowa.

Wiem, że wszystko może się zdarzyć, ale na wszelki wypadek nie myślę dziś o niczym.
Zmęczyła mnie ta otaczająca pseudo- pandemiczna rzeczywistość wyzysku i zniewolenia.

Wypisuję się z niej i idę do lasu by być ze sobą i wiosną.

Moja działka

Styczeń 2019, Australia

Jaka jest moja działka w rzeczywistości pełnej szmatławych odprysków ludzkiej zachłanności, łącznie z internetowym śmieciem i szambem systemów “idiot”?

Zadajesz sobie takie pytanie czasem?

Grozi nam nie tylko klęska ekologiczna.

Już dawno stanęliśmy u progu chaosu i totalnego kryzysu podstawowych wartości moralnych. Ten ostatni powoli przekraczamy.

Często zastanawiam się nad tym jaki ja mam w tym wszystkim udział?

Ja staram się bardzo.
Jestem szczerą, mocno pro-ekologiczną minimalistką.
Energię wkładam w to, w co wierzę i nie boję się o tym mówić.

Staram się na każdym kroku być dobra dla innych, robić dalej to, co potrafię robić dobrze- trenować siebie i innych ludzi, ucząc ich też o zdrowiu, ruchu i jak iść przez życie według mojej najlepszej wiedzy oraz aktualizować tą wiedzę.

Ale coraz częściej mam ochotę zniknąć, bo jak tylko uda mi się uchwycić sens tego, co robię, i myślę, tak, to właśnie moja działka,
dostaję w twarz kolejną cuchnącą szmatą cyber-rzeczywistości lub ludzkiej chciwości wyrażonej często w dewastacji planety i nas samych i…
odechciewa mi się wszystkiego.

Najchętniej medytowałabym bez przerwy podnosząc ciężary lub ćwicząc bezdechy zanurzona głęboko pod wodą i już wcale nie wracała do tak zwanej rzeczywistości.

Ale nie mogę. Jeszcze nie teraz.

Mimo, że jest pod górkę, jak patrzę na to, co dzieje się z nami i planetą i większość bardzo oporną na zrozumienie. Mimo, że codziennie napotykam na coraz to nowsze przeszkody.

Nawet wordpress, którego używam do napisania tego postu, wywiesił właśnie plugawy ozór aktualizacji bezwstydnie obnażając jej efekty.

Wszystko zostało zautomatyzowane, brak elastyczności, nawet nie widzę, co piszę, bo tekst przykrywają jakieś paski zadań i powiadomienia, które wyskakują bez przerwy nie wiem skąd.

Trochę jak w bajce o Aladynie i cudownej lampie…

Teraz zamiast potrzeć lampę, naciskasz jeden guzik, żeby nowy paragraf zrobił się sam, a w innej zakładce dżin imieniem google już wie czego szukasz zanim własną myśl zwerbalizujesz.
Szkoda, że wyniki, które zwraca mało mają wspólnego ze spełnieniem życzenia. Zamiast tego, musisz przebrnąć przez śmieci pseudo informacji, żeby (być może) znaleźć wartość nie zwracającą fałszu.

I znowu nie wiem, czy ja mam jakąkolwiek rolę lub choćby działkę do uprawiania w tego typu “realu”…

Nie, żebym nie próbowała szukać. Całe życie szukam. Myślę też, że znalazłam, ale…

Upłynęło już kilka dobrych lat poszukiwań.

Kila lat mojej młodości, radości, szaleństw, śmiechu, łez, niemierzalnego stresu, w którego amoku doznałam tajemniczych zaników pamięci i kilka lat otrząsania się z tego stresu, szukania spokoju, a może po prostu dziury w całym? W całym, którego nie ma?
Trudno znaleźć dziurę w czymś, czego nie ma.
Powtórz.

Styczeń 2015, Australia

Veni vidi vici. Przez lata wydawało mi się, że każdy może te słowa włożyć w swoje usta i będą to słowa prawdziwe.

Dziś myślę, że są zarezerwowane.  Zarezerwowane dla zwycięzcy.
Dla tego, kto sam potrafi być sterem, żeglarzem, okrętem i zdobywcą własnego życia.

Ale po kolei. Niemal 6 lat temu przyleciałam na wizie studenckiej z Polski do Australii. To było moje marzenie

Załatwiłam sobie roczne wakacje. Rok zleciał prędko. Zostałam.
Dużo w tym pierwszym roku osiągnęłam. Pracowałam na to bardzo intensywnie i były rezultaty.

Niedługo po przylocie zaczęłam trenować sztuki walki w jednym z klubów – głownie brazylijskie jiu jitsu, które wybrałam jako przedmiot dodatkowy na kursie, dzięki któremu została mi przyznana wiza studencka.

Szybko okazało się, że reszta to był tylko dodatek do jiu jitsu i po 3 miesiącach od pierwszego kroku na macie w Australii już brałam udział w zawodach całej Oceanii.

Od dziecka zafascynowana byłam sztukami walki i zanim przyleciałam na antypody już ich kilku spróbowałam, ale w jiu jitsu zakochałam się. Z wzajemnością – okazało się, że tworzymy świetną parę.
Trenowałam dniami i właściwie nocami po części również, a w autobusach studiowałam materiały z kursu i pisałam zaliczenia.

Trzeba było zacząć zarabiać, bo zasób złotówek szybko topniał w upale drogiego czynszu za dach nad głową opłacanego już w dolarach australijskich. Zaparłam się, że będę pracować ucząc pływać (w Australii!) skoro mam do tego kwalifikacje.
Musiałam zaprzeć się, bo kwalifikacjami z Polski mogłam sobie w Australii pomachać.

Wyjścia były 2– zapłacić za kurs tutaj lub aplikować o rozpoznanie kwalifikacji.
Na kurs funduszu nie miałam, może i bym miała, ale za cenę mieszkania na ulicy… a rozpoznać kwalifikacji nikt nie chciał.

Nie wspomniałam jeszcze, że wszystkie te zawiłości faktycznie były dla mnie zawiłe i nie miałam pojęcia o systemie kwalifikacji, instytucji je nadających, instytucji je honorujących, ludzi „u władzy” owych instytucji i ogólnej niechęci do udzielania mi informacji.

Ale, że miałam cel nie poddawałam się i starałam nie przejmować za bardzo i w końcu udało mi się „wychodzić” dojście. Znalazłam „Swim Australia” i jej szefa, który powiedział, że mi rozpoznają kwalifikacje, jak przejdę testy i zapłacę (chyba około $100 wtedy, czyli co najmniej 3 razy mniej od kwot, które słyszałam zanim dotarłam do tej organizacji).

Tak więc dostałam upragnione australijskie kwalifikacje instruktora pływania i z tym wreszcie (po wielu telefonach, wycieczkach i odmowach) udało mi się znaleźć szkołę, która przyjęła mnie, żebym „pracowała” na zasadzie wolontariatu… Taki praktykant za darmo.
Wzięłam.
Potem już poszło.

Praca, treningi, studia, opłaty za wizy, kolejne kwalifikacje w sporcie, szalone małżeństwo, urazy sportowe, operacje i szpitale, powolna zmiana stylu życia, adaptacja, brak adaptacji, więcej pracy, więcej treningów, rozwód, czarna rozpacz i niewysłowiony żal, jeszcze więcej pracy, więcej treningów, kłopoty ze zdrowiem, 2 lata bezsenności, mniej pracy i treningów, załamania światopoglądu i nerwowe, ogromna samotność.

Zmiany, zmiany, zmiany i wyzwania. Żeby tylko do lepszego jutra. Czasem jutro okazywało się za daleko, byle tylko do lepszego dziś bywało wystarczającym wyzwaniem.
I chyba tylko ciągła nadzieja, że będzie lepiej, przecież musi być lepiej jakoś trzymała mnie przy lub obok steru…

Styczeń 2019, Australia

Dziś jest 1 stycznia 2019. Jestem w Australii już prawie 10 lat.

Te ostatnie australijskie lata były ogromnym wyzwaniem. Traciłam siły, upadałam, podnosiłam się znowu.
Nie było wytchnienia.
Bolało? Bardzo.
Zalety?
Nauczyłam się dużo.
Wady? Nie ma.
Nauczyłam się dużo i idę do przodu. Nikt mnie nie zatrzyma, chyba, że ja sama.
Wtedy będzie mi przykro, pewnie też ciężko, ale może będę umiała poprosić o pomoc. Ugryzłam się w język. Dlaczego? Przecież to nie grzech prosić o pomoc.

Mam marzenie. Od dziecka biegałam z mikrofonem, właziłam na sceny i chciałam uczyć.

Teraz znowu tego chcę. Pamiętam te obrazy z dzieciństwa bardzo żywo, dopiero teraz – u progu 4-go dziesięciolecia mojego bogatego życia.
Bo właśnie teraz jest czas, żeby to, co robię najlepiej przenieść na większą skalę.

Przez „kolorowe” dzieciństwo przeprowadził mnie Elvis i jego kojący mnie głos w słuchawkach walkmana, a czas nastolatki przetrwałam dzięki Nirvanie, bo Kurt Cobain wykrzyczał wszystko za mnie. Prosto w moje uszy i na moich falach. Ulga.

Korn i Jonathan Davis wykrzykujący swój ból pomógł przebrnąć przez trudy końca małżeństwa spoza granic poznania i rozwód.

I tak jakoś to zawsze było. Nazwisk muzycznych było dużo, bo i moje życie burzliwe, pełne przygód, zmian i wyzwań. Takie wybrałam. Tak je żyję.

Teraz jest znów Queen, Freddie Mercury i wielkie oczarowanie.
Magia i znów realne, dziecięce marzenia. Niech mnie to zaprowadzi do ich realizacji. Niech mnie zaprowadzi do tej mojej działki…

Na dziś już otrzymałam od Queen, a tak naprawdę od Freddiego, ugruntowanie wiary w siebie, mega siłę i znieczulenie na tak zwane „niepowodzenia”, tudzież zwane „brakiem akceptacji ze strony innych”.

Nabrać pewności siebie na pewno też pomogła mi australijska równość każdego wobec każdego. Nieważne, czy masz lat 15, czy 73, czy pracujesz jako specjalista chirurg, czy sprzątasz w hotelach, nieważne jakie masz wykształcenie. Ludzie zwracają się do siebie w ten sam sposób. Po imieniu, zwyczajnie, jak równy z równym. „How ya doin mate?”

Żyjąc samemu w obcym kraju, uczysz się też się życia i rośniesz w siłę.
Przynajmniej ja nie widziałam innego wyjścia.

Uczyłam się i nadal uczę jak iść przez życie wśród innych z dobrym, otwartym sercem i nie obrywać kopniaka w cztery litery na każdym kroku, a za to twardo stać na swoim gruncie.

Teraz wyjeżdżam z Australii, bo innej drogi nie widzę.
Może nauczyłam się tu już wystarczająco dużo?

Jednego jestem pewna, nie widzę realizacji moich marzeń w tym kraju. Przynajmniej nie w tym czasie. A ja chcę do ich realizacji dążyć. Chcę znaleźć swoją działkę i uprawiać ją najlepiej, jak potrafię.

Jeszcze lepiej niż teraz uprawiam swoją małą rolę.

Jeśli nie ja, to kto?
Jak nie teraz, to kiedy?

Więc nie tylko marzenia tu chodzi. Tylko o tą działkę właśnie.

Chcę dać coś od siebie. Więcej niż mój własny minimalistyczny, pro-ekologiczny tryb/styl życia.

Odrestaurowanie bliskich relacji między ludźmi wydaje się priorytetem. Łącznie z relacją z samym sobą. Tak, to może być też o Tobie.

Nad tym chcę pracować. Przez kontakt z ludźmi właśnie. Tak zresztą pracuję już od dawna.
Tylko skala za mała, brakuje tej dużej sceny, dużej publiczności i silnego mikrofonu.

“Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy.”

Cytat pochodzi z artykułu „Nieuchronność klęski klimatycznej”
opublikowanego pod tym adresem
https://www.rp.pl/Ekologia/181209665-Nieuchronnosc-kleski-klimatycznej.html?fbclid=IwAR2j5VttzwoovTUFLYU8L-PQ_DGwzw6LjBFLplTE7B_ufHDt0Xvn7E7yLuM
Publikacja: 31.12.2018

Wiemy już, że nie tylko o ekologiczny kryzys teraz chodzi. To przecież produkt kryzysu wartości i naszego moralnego upadku.

Relacje między ludźmi zastąpiły automaty, rzeczy, internetowy syf, radio caca…

W jaki sposób masz tworzyć relacje z innymi ludźmi, jeśli nawet nie umiesz już przypomnieć sobie kim jesteś i o co Tobie w życiu naprawdę chodzi?

Twój własny mózg produkuje masę bezużytecznych myśli, zaszczuty wyskakującymi okienkami, powiadomieniami, reklamami, alarmami, że nie zapiąłeś pasów lub przypaliłeś grzanki? (Grzanek wcale nie przypaliłeś, takie je chciałeś, ale ten cholerny alarm i tak na Ciebie nabipczał…)

Zastanawiasz się nad tym czasem?

Jak mi ten transfer z Australii do Polski nie pomoże w odnalezieniu drogi do mojej działki, wrócę skąd przyszłam i schowam się pod wodą na zawsze.

Ale jeszcze ciągle mam nadzieję, że uda nam się odrestaurować bliskie relacje między ludźmi i wiarę w podstawowe wartości.

Kim jesteś człowieku początku dwudziestego pierwszego stulecia i jakie są Twoje wartości?
Jaka jest Twoja tarcza i włócznia przed tym, co je niszczy?

Znasz odpowiedź na te pytania?

Jaka jest TWOJA działka?

Totalna izolacja.

Włączam komputer. Totalna izolacja na wyspie pełnej ludzi.

8 Listopad 2017

Wstałam po 4 rano, wreszcie wyspana, z lekkim ćmieniem z tyłu głowy, niewątpliwie dzięki uprzejmości pewnego wytrawnego szczepu winogron z południa Francji. I ja i moja współlokatorka, obie miałyśmy już dość wszystkiego i zrobiłyśmy sobie dzień dziecka…

Poza tym lekkim ćmieniem poranek całkiem przyjemny, nawet wesoły. Żarty i śmiechy ze współlokatorką, pyszna kawa, nieco treningu i spacer nad brzegiem Pacyfiku.
Na zachmurzonym niebie, które zlewa się z linią oceanu mrocznymi i jednocześnie magicznie świetlistymi odcieniami błękitu, odbywał się zaczarowany spektakl światła, od którego trudno oderwać wzrok.
Spacery tutejszą oceaniczną złotą plażą to piękna i magiczna baśń…

Mój spacer też nie byle jaki – połączony z jogą, medytacją, ćwiczeniami oddechowymi i zakończony ożywczą kąpielą we wzburzonych wodach Pacyfiku. Naprawdę wspaniały poranek uwieńczony mega zdrowym i w dodatku pysznym śniadaniem z mojej własnej kuchni.

To co poszło później nie tak?

Co sprawia, że po takim poranku zaczynam czuć się słabo, bardzo, bardzo słabo…?
Smutna, wyizolowana, gubiąca sens podejmowania jakiejkolwiek akcji, niemo zwieszam głowę.

Granica depresji i utraty sensu życia na ziemi. Taki wrednie podstępny stan, który wkrada się wraz z izolacją i brakiem lub ogromnym ograniczeniem bliskich więzi z innymi ludźmi.

Włączyłam komputer- totalna izolacja na wyspie pełnej ludzi.

To poszło nie tak.

Tak, ja to już wiem nie od dziś.
Włączam komputer, a moje ciało zaczyna drżeć na myśl o tym, że znowu usiądę przed jego ekranem i będę musiała robić przed nim rzeczy, które kiedyś można było załatwić rozmawiając z drugim człowiekiem.
Robi mi się niedobrze, mało tego, raz nawet faktycznie zwymiotowałam, ledwo zdążyłam dobiec do muszli klozetu…

Są tylko dwie rzeczy, które lubię robić przed komputerem.
Jedną z nich jest tworzenie (pisanie lub grafika), drugą uczenie się o systemie mięśniowo-powięziowym, układzie ruchu, fizjologii i innych szalenie fascynujących (dla mnie) funkcjach ciała ludzkiego.

Reszta rzeczy, które robię przed monitorem komputera sprawią, że dosłownie wywracają mi się wnętrzności i jedyne o czym myślę to ucieczka.

Resztkami sił zawlokłam moje opadające z sił ciało do biblioteki, żeby chociaż być wśród ludzi, skoro jednak muszę usiąść przed komputerem.

Dlaczego muszę?
Ponieważ chcę zmienić pracę, może nawet miasto i od dwóch dni próbuje znaleźć pracę, którą chcę wykonywać. Znalazłam kilka ofert i zaczęłam dzwonić.
Udało mi się porozmawiać tylko z dwiema (!!) osobami, reszta odesłała mnie do aplikacji online, wykazawszy się niechęcią do rozmowy…

Otworzyłam okno przeglądarki internetowej z ofertą pracy w Melbourne, a następnie plik z listem przewodnim, który zaczęłam pisać wczoraj. Zalała mnie fala niepokoju i zrobiło mi się niedobrze.

Więc zamknęłam przeglądarkę,  przestałam pisać list przewodni i zaczęłam pisać ten artykuł, który zresztą od dawna w głowie i sercu noszę.

Dzięki badaniom socjologicznym i psychologicznym dotyczącym trendów towarzyszących tak zwanemu postępowi wiemy, że

wypieranie tradycyjnego kontaktu człowieka z człowiekiem przez platformy internetowe i inne zautomatyzowane systemy przynosi katastrofalne skutki.

 Człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Kropka.

Człowiek potrzebuje bliskich relacji z innymi ludźmi.
Człowiek nie jest stworzony do życia w izolacji, ale do tego, żeby żyć wśród ludzi.

Mniej bliskich i znaczących relacji z innymi ludźmi gwarantuje między innymi stany lęku, niepokoju, postępujące obniżanie samooceny, utrata sensu życia i stany depresyjne.

Każdy, powtarzam, każdy człowiek, bez wyjątku, ma coś ważnego do powiedzenia innym ludziom.

Naszym ludzkim obowiązkiem jest dzielić się naszym zdaniem, naszymi przeżyciami, doświadczeniami i przemyśleniami.

Jesteśmy nauczycielami i mentorami dla jednych, od innych sami pobieramy lekcje.
W ten sposób uczymy się o sobie samych, o innych, o świecie i życiu.

To właśnie dzięki takiej wymianie każdy z nas rozwija się i taka jest też droga do rozwoju ludzkości.

Ciągle jesteśmy bombardowani wezwaniami do komentowania i wymiany zdań na różnych portalach.

A ja mówię, że nie da się nawiązać prawdziwie bliskich relacji na portalu społecznościowym. Dlaczego?

Dlatego, że jakość komunikacji międzyludzkiej, w oderwaniu od realnego kontaktu, tonie w bagnistych potokach masowej informacji produkowanej na łączach internetowych w obłędnym tempie i bez weryfikacji.
To jest niezwykle N I S K A jakość komunikacji! Śmierdząco niska jakość komunikacji.

To nie są byle jakie informacje, tylko bicie na alarm moi drodzy.

Weźmy pod lupę inny przykład.

Nie wszystko złoto, co się świeci i nie wszystko, co z początku śmierdzi to odchody…

Od kilku lat marzyłam o studiach w zakresie biomechaniki ludzkiego ciała, sportu, ćwiczeń, fizjologii, rehabilitacji i terapii w prawdziwie naukowym środowisku. Dla mnie są to rzeczy niesłychanie fascynujące i nigdy nie czuję się bardziej żywa niż podczas moich różnych kursów w tym zakresie, studiując, badając i testując nowe techniki z innymi pasjonatami tematu.

W trakcie ostatniej podróży doszłam do wniosku, że nie tylko chcę mieć własną praktykę. Jestem urodzonym naukowcem, więc chcę też nim zostać formalnie poszerzając moją wiedzę.

Przeprowadziłam wywiad i wybrałam uniwersytet w słonecznym stanie Queensland w Australii. Złożyłam swoją aplikację i zostałam przyjęta. Radość!!

A potem przyszły czarne dni… Im bardziej odkrywałam istotę studiów, na które zapisałam się, tym bardziej było mi przykro.

Okazało się, że muszę zalogować się do portalu, na którym sama sobie zarządzam moim programem studiów i całą administracją z nim związaną.  Następnie okazało się, że muszę też założyć specjalne konto i ciągle sprawdzać nową pocztą email, bo może i tam uniwerek coś mi ważnego wyśle…
Później okazało się, że jest coś, co się nazywa “tablicą”, i to też muszę ciągle sprawdzać (kolejne konto online), bo tam są wszystkie informacje dotyczące moich studiów. Jakby był ich mało na oryginalnym portalu i w mailach…

“Tablica” wygląda dla mnie fatalnie, mydło i powidło, sieczka kolorowych linków i nie wiem czego jeszcze, bardzo ciężko wyłowić, które informacje są istotne.

Ostatnią kroplą, dzięki której czara goryczy przelała się było odkrycie, że wszystkie wykłady dostarczane są online, a niektóre przedmioty w całości online, nawet nie ma do nich laboratoriów.

Nie mogłam znaleźć się dalej od środowiska naukowego!

Po wypełnieniu testu online, który miał mi pozwolić na udział w laboratoriach z ukochanej anatomii i fizjologii rozryczałam się.

Siedząc nad pięknym oceanem w słoneczny dzień australijskiej wiosny z laptopem na kolanach wyłam, jak samotny wilk i nie mogłam przestać dopóki nie wylałam większości łez z mojej czary goryczy.

Fizycznie i psychicznie czułam się fatalnie. Smutek i rozczarowanie. Zniechęcenie, a następnie bunt.

Jako ludzkość zboczyliśmy z kursu, czy celowo, chcemy doprowadzić się do zagłady w trybie online?

Nie mam odpowiedzi i nadal mam nadzieję, że otrząśniemy się z szeroko pojętego siecioholizmu i całej masy szkodliwych zachowań, które mu towarzyszą, zanim będzie za późno, żeby sobie nawzajem ufać.

Zanim będzie za późno by ufać sobie samemu i nawiązywać kontakty z innymi ludźmi, które mają dla nas i dla nich znaczenie.

Zanim zapomnimy doszczętnie, jak otworzyć się przed drugim człowiekiem, jak kochać, jak dać siebie kochać.

Zanim zapomnimy czym jest radość życia i zanim pogrążymy się w chaosie i upadku.

Zróbmy porządek z bałaganem i chaosem online.

Mówimy o robieniu porządków w codziennych zajęciach, porządków w naszej przestrzeni życiowej, porządkowaniu relacji i jak ważne jest to dla naszej jakość życia.

Otrząśnijmy się z internetowo-komputerowego szlamu, wyjdźmy i rozmawiajmy ze sobą.

Czy umiesz patrzeć drugiemu człowiekowi w oczy rozmawiając z nim i słuchasz faktycznie co on mówi? Bez własnych uprzedzeń i projekcji.
Nic nie zakładaj z góry, słuchaj, postaraj się zrozumieć.

Wiem, że łatwiej jest wylać z siebie komentarz pod jakimś zdjęciem, czy obrazkiem w internecie niż słuchać i starać się zrozumieć co i dlaczego akurat to i w taki sposób mówi drugi człowiek.

Ale warto to zrobić, to naprawdę nie boli. Może pierwszy, czy drugi raz jest to wyzwanie, ale opłaca się.
To może Tobie pomóc.

Może w słowach drugiego człowieka znajdziesz rozwiązanie problemu, z którym od dawna borykasz się?

Może przestaniesz bać się, że wydasz się innym śmiesznym, bo uśmiechasz się o nich na ulicy? Życie w strachu nie jest specjalnie radosne, prawda?

Każdy z nas ma coś ważnego do przekazania innemu człowiekowi, ale musimy nauczyć się słuchać, żeby to usłyszeć.

Musimy ponownie nauczyć się komunikować ze sobą, być ze sobą.

Czy nie od tego zależy jakość naszego życia?

Dla mnie życie w internetowej izolacji zautomatyzowanego świata nie ma sensu. Niby wśród ludzi, a tak naprawdę daleko od drugiego człowieka.

Nie godzę się na to.

A Ty?