Krewetkowa sałatka ze słodkich ziemniaków i awokado

Krewetkowa sałatka ze słodkich ziemniaków i awokado

Ania Stan paleo

Krewetkowa sałatka ze słodkich ziemniaków i awokado to szybki i łatwy posiłek, jeśli ugotujesz słodkie ziemniaki wcześniej.
Całe ugotowane ze skórka słodkie ziemniaki możesz trzymać w lodówce przez tydzień i używać do przygotowania szybkich, łatwych i smacznych posiłków.
Do tego przepisu potrzebujesz przynajmniej jednego słodkiego ziemniaka ugotowanego w całości i wystudzonego.

PRZEPIS

Gotowanie słodkich ziemniaków w całości

Ugotuj słodkie ziemniaki w całości, razem ze skórą przez około 20 minut (w zależności od ich wielkości) w około 2 szklankach wody. Ta ilość wody powinna wystarczyć do ugotowania 2 do 4 słodkich ziemniaków.

Bataty gotuj, dopóki nie będą na tyle miękkie, że możesz nakłuć je widelcem, uważaj, żeby nie przegotować. Odsącz nadmiar wody i odstaw je do wystygnięcia. Możesz przechować w lodówce przez tydzień w hermetycznym pojemniku lub zawinięte w papier do pieczenia.

Ania Stan paleo

Składniki (2 porcje):

  • 2 plastry słodkich ziemniaków (lub więcej, jeśli chcesz)
  • 2 porcje niegotowanych krewetek
  • 2 porcje liści mieszanych sałat
  • 1 awokado
  • 1 limonka
  • 1 posiekana cebula
  • 2 łyżki oleju do smażenia według Twojego wyboru (ja używam kokosowego)
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii lub innych ziół, jeśli wolisz
  • czarny pieprz
  • suszone chili
  • sól
  • oliwa z oliwek

 

  • Kawałki słodkiego ziemniaka pokrój wzdłuż na preferowaną grubość plastra i podsmaż w wybranym oleju do smażenia (około łyżki stołowej oleju). Smaż, aż plasterki nabiorą chrupiącego brązowego koloru z obu stron (około 6 minut z każdej strony).

 

  • Na drugiej patelni podsmaż krewetki w wybranym oleju do smażenia przez około 3-4 minuty, aż zaczną zmieniać kolor na różowy. Dorzuć zioła, sól, czarny pieprz, chili i wymieszaj. Odstaw na bok.

 

  • Podawaj krewetki ułożone na liściach sałaty obok słodkiego ziemniaka. Łyżką do sałatki (lub do lodów jeśli masz) zrób gałkę z awokado. Posyp cebulą, dodaj oliwę z oliwek i sok z limonki i połóż na talerzu.

 

  • Możesz to potraktować jako osobny lekki posiłek lub sałatkę – dodatek do dania.

Ania Stan paleo

Smacznego! 🙂

Oryginalny przepis został stworzony przez moją przyjaciółkę Maj, która  zawsze szukała diet i potraw, które pomagają zoptymalizować samopoczucie i zdrowie.
Maj tworzy przepisy głównie w stylu paleo – “Real Food Recipes For Optimal Health and Wellness”.

Please follow and like us:
error

How ya goin mate? czyli bieżące obserwacje międzykulturowe.

Obserwacje międzykulturowe, a raczej australijsko-polskie smaki, które mieszają się w moich komórkach tej pięknej australijskiej wiosny do złudzenia przypominającej mi polską jesień.

Ania Stan

Październik 2018

Może zacznę od tego, że nadal mieszkam na Gold Coast w słonecznym Queensland. To nadaje dodatkowego wyrazu mojej wiosennej potrawce z obserwacji międzykulturowych i podążających za nimi myśli.

Ania Stan

Słowa takie jak luz i swoboda nabierają na Gold Coast nowego znaczenia.

Sami popatrzcie na zdjęcie powyżej. To nie jest niecodzienny obrazek. To właśnie codzienność. Wysportowane piękne dziewczyny w krótkich fit-ubrankach i świetnie wyrzeźbieni australijscy piękni chłopcy (zazwyczaj tylko w szortach) kręcą się w okolicach plaży zawsze, niezależnie od pory roku i pogody.
Może zimą niektórzy z nich założą cienkie pianki, jak idą serfować lub koszulki, jak nie idą surfować. Nagie ciało ściele się gęsto przy strzeżonych plażach, ale są też długie pasy wybrzeża, gdzie żadne ciało nie ściele się (całe szczęście) i jest wspaniały widok. Czysta plaża z jasnym piaskiem, błękitne niebo i bezkres Pacyfiku.

Ania Stan

Ludzie odnoszą się do siebie nie tylko uprzejmie, ale zazwyczaj też przyjaźnie. Jasne, że nie zawsze i nie wszyscy tacy są, ludzie są ludźmi w końcu, niezależnie od końca świata…

Kłamać nie będę, jak masz tu w porządku pracę i swój przyzwoity kąt, życie na wybrzeżu jest bardzo przyjemne. Gold Coast jest śliczne, pogoda bardzo do życia, okolice bogate w różne atrakcje (a jak komuś za mało, może wsiąść w samolot i zwiedzić inne regiony), i łatwo rozmawiać z ludźmi na ulicy, wiek nie ma granicy! 70 i 80-ciolatkowie chodzą na siłownię, biorą udział w zawodach pływackich, jeżdżą na kempingi i prowadzą bogate życie towarzyskie. Wiadomo, że nie wszyscy, ale opis chyba oddaje obraz panującej tu atmosfery dość dobrze.

Oczywiście są i inne strony życia nad brzegiem Pacyfiku w uroczej miejscowości turystycznej, ale nie o tym dziś chcę opowiedzieć. Teraz nastąpi relacja kulturalno-kulturowa, w świetle powyższego wstępu.

Wczoraj poszliśmy do teatru. To była moja pierwsza wizyta w teatrze na Gold Coast, mimo, że mieszkam tu od 2009. Wygląda na to, że nie jest to popularna forma spędzania czasu wśród mieszkańców wybrzeża. Mam tutaj chyba tylko jednego znajomego, który zadeklarował, że jemu też teatru brakuje.

A brakuje, bo nie ma tu regularnie wystawianych sztuk.

Sporty wodne cieszą się zdecydowanie większą popularnością niż teatr i raczej nie powinno mnie to dziwić skoro sama wolę spędzać czas na świeżym powietrzu.

Ale są takie aspekty życia miejskiego, których mi na Gold Coast bardzo brakuje i myślę, że to uczucie pogłębia się każdej wiosny będącej zapowiedzią letnich mega upałów.

Świeże powietrze latem wcale nie jest takie świeże, jest gorące i lepkie, a czasem nawet parzy w cieniu, ocean to często ciepła zupa, o basenie nie wspomnę. Nawet woda z prysznica leci letnia, a czasem nawet ciepława.

Takie lato zaprasza mnie szeroko otwartymi spoconymi ramionami do odwiedzenia jakiegoś schronienia przed słońcem, które już od 4 rano działa z wigorem.

No więc ten teatr. Kupiliśmy bilety w ramach akcji charytatywnej i poszliśmy na muzyczne przedstawienie “We will rock you”, oparte na piosenkach Queen.

Teatr mały, bardzo nawet, po prawej od wejścia bar, po lewej toalety, a na wprost sala teatralna wypełniona stolikami, trochę jak w kawiarni.

Ania Stan

Idąc tam nie wiedziałam czego spodziewać się, więc ubrałam się formalnie-nieformalnie, dżinsowe szorty i biała koszula, dla przyzwoitości zamieniłam japonki na eleganckie sandały, zresztą jedyne, jakie mam.

I świetnie trafiłam, bo tak tu było – formalnie-nieformalnie. Inni ubrani byli podobnie i ogólnie panowała stonowana, ale swobodna atmosfera. Właściwie tego spodziewałam się i przyznam się, że w drodze zastanawiałam się, czy będą w tetrze mieli bar, bo w Australii jeszcze nie widziałam miejsca w jakiś sposób kojarzonego z rozrywką, w którym by baru nie było. Byłam też ciekawa, jak ludzie ubiorą się i będą się zachowywać.

Niespodzianek nie było większych, wszystko odbyło się w lekkiej australijskiej atmosferze.
Można było zamówić drinka i jakąś przekąskę, zabrać do stolika i używać pomiędzy oklaskami.

Oklasków, serdecznych i głośnych, było dużo.
Przedstawienie było wspaniałe.

Aktorzy świetni w swoich rolach, połączenie opowiadanej historii z muzyką Queen stanowiło harmonijną kompozycję, a samo wykonanie muzyczne – czapki z głów!
I ta choreografia!
Artyści byli idealnie zsynchronizowani w tańcu i śpiewie i niezwykle sprawni w ruchach, a kostiumy (często skąpe w materiał) leżały na nich, jak  własna skóra. Niezależnie od swoich rozmiarów każdy z wykonawców prezentował się rewelacyjnie.

Artystami byli w większości młodzi ludzie, najwyraźniej bardzo zdolni i zdeterminowani, by swoją sztukę zabrać na największy poziom.

Bardzo ich determinację i profesjonalizm podziwiam, przecież nikt im za przygotowania i występ nie płaci, oni po prostu chcą.

Wyszłam z teatru zachwycona i zainspirowana i kolejnych kilka dni słuchałam największych przebojów Queen z wypiekami na duszy.

Te wypieki na duszy pogłębia nadal australijska wiosna, która trwa od września do listopada i zawsze wprowadza mnie w nieco nostalgiczny, magiczny nastrój.

Każdej spędzonej w Australii wiosny czuję polską jesień, która ogarnia mnie zapachem i kolorami spadających liści i świeżością poranków. Czuję też wiosnę, której słoneczny uśmiech wśród kwitnących krzewów burzy krew w moich żyłach i sprawia, że chcę tańczyć, śpiewać i wziąć z życia jeszcze więcej!

To jest przedziwne uczucie, trochę jak łzy smutku i radości jednocześnie. Nostalgiczne, ale przyjemne, magiczne i obiecujące, że zdarzy się coś wspaniałego.

Tej wiosny czuję się jak moja jedyna roślinka w obecnym domu- mała gałązka pelargonii, którą dostałam od Julie ponad miesiąc temu.
Trzymam ją w wodzie w szklanej butelce i wystawiam z troską na poranne słońce. Pelargonia zaczęła niedawno puszczać malutkie korzenie, ale nadal pływają one w wodzie i może niedługo będą gotowe zakorzenić się w ziemi. Ale jeszcze nie teraz. Za to pomiędzy liśćmi pojawił się dziś mały kwiatuszek. Moja mała nadzieja i radość.

Ania Stan

Please follow and like us:
error

Dzień radości.

Gold Coast, 13 listopad 2017

Dzień radości, który najpierw nazwała Dniem Dziecka dla uczczenia dziecięcej radości z życia, okazał się w rzeczywistości być bardzo ważnym dniem. Okazał się być pierwszym dniem jej życia. Zupełnie jakby dostała drugą szansę…

Wbrew pozorom, cała historia wcale nie zaczyna się optymistycznie. Zaczyna się od tego, że Ania zgubiła radość życia i czuła jak z każdym dniem uchodzi z niej życie.

Ania zapędziła się i starając dogonić marzenia przestała marzyć i zaczęła gonić coś, co z jej marzeniami niewiele już miało wspólnego.

Zamiast sięgać po marzenia włączyła się do dobrze nam wszystkim znanego maratonu sprinterskiego – długo, daleko i na pełnej prędkości- z całą mocą!
Praca, praca, praca, ciężka praca.

Ania nie wybrała łatwej ścieżki, tak, jak i wielu z nas.
Pasją Ani jest studiowanie tego, jak działa człowiek na przestrzeni fizycznej, emocjonalnej, psychicznej i duchowej.  Wprowadzanie zmian we własnym życiu, żeby o nich później uczyć innych nie jest zadaniem łatwym. Wymaga ogromnej pracy.
Ania umie pracować. Wydawało jej się nawet, że lubi. I oczywiście wydawało jej się, że powinna, że musi.
 Tak, jak wydaje się większości z nas.
Jednak ciało Ani było odmiennego zdania. Długo jej wybaczało zawrotne tempo i ledwo znośny poziom stresu, ale zmęczyło się jednak i zaczęło protestować.

Dlaczego tak się stało?

Sama praca do szczęścia nie wystarcza.
Potrzebujemy w życiu różnorodności, urozmaicenia, nawet drobnych zmian w codziennej stabilnej rutynie. Tak jesteśmy skonstruowani.
Samo to, że robimy to, co lubimy, co nas fascynuje, nie wystarcza do szczęścia.

Jak to mówił mój nauczyciel matematyki “jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym”.
Dlaczego sama pasja nie wystarcza do szczęścia?
Bo to tylko jedna składowa równania, które w sumie powinno dać radość życia. Równianie z jedną składową to żadne równanie. Wyniku nie będzie.

Potrzebujemy też bliskich relacji z innymi ludźmi – z rodziną i z przyjaciółmi, którym możemy absolutnie zaufać.

Żeby cieszyć się życiem potrzebujemy bliskich relacji z ludźmi. Potrzebujemy wokół nas ludzi, przy których możemy stanąć nago prawdziwi, dokładnie jacy jesteśmy i nie będziemy się tego bali.
Nie będziemy się bali, że nas osądzą, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, bo wiemy z całą pewnością, że dla nas akceptują takimi, jacy jesteśmy. Nawet jeśli sami mamy z tym problem.

Potrzebujemy też i innych składowych, ale zostawmy to na kolejne rozdziały. Klasyfikacji potrzeb ludzkich jest wiele i każda wnosi wartościowe informacje, ale ich dokładna analiza w naszej historii, zamieniłaby post w książkę.

Wróćmy do naszego przykładu- historii Ani.

Ania nie zauważyła, że zaczyna brakować jej sił.
Aż  do dnia, kiedy zobaczyła zmęczoną i poszarzałą twarz w lustrze.
Własną postarzałą twarz pozbawioną cienia radości…
Nadal potrafiła uśmiechać się do ludzi, ale do siebie już nie umiała.
Owego znaczącego dnia, 13 listopada, Ania to zauważyła i postanowiła, że dość już tego.

Dziś będę robić tylko to, co sprawia mi radość, tylko to, co sprawia, że uśmiecham się! Dziś będę czuć się dobrze przez cały dzień i jeśli tylko poczuję, że jest inaczej, że zakrada się niepokój, smutek, czy inne paskudne stany wywołane zazwyczaj stekiem nikomu niepotrzebnych myśli, zmienię to natychmiast!

Ania od razu poczuła się lepiej. Tego dnia niczego nie musiała, zamiast tego dała sobie pozwolenie na to, żeby wybierać, co chce robić.
Jeden dzień totalnych wakacji. Wolność od wszystkiego i do wszystkiego.

Oto relacja i przemyślenia Ani z owego dnia oraz wnioski, jakie z tego wspaniałego doświadczenia wyciągnęła.

Siedzę na pierwszym laboratorium z anatomii (zaczęłam nowe studia – Bachelor of Sport and Exercise Science na Southern Cross University, na Gold Coast) i słucham uważnie jak młoda kobieta opowiada po raz kolejny i to samo o tkance nabłonkowej.

I cieszy mnie to ogromnie, że tak po prostu sobie siedzę i jej słucham. Raz po raz te same słowa, nie myślę o tym do czego mi się to przyda, co ta tkanka robi, gdzie jest itd. w nieskończoność… Dokładnie tak zazwyczaj działa mój umysł – kombinuje, analizuje, wypuszcza gałęzie z pojedynczej informacji, a następnie przetwarza je w całe lasy informacji.
Często pożyteczne, ale zazwyczaj bardzo męczące, szczególnie jeśli taką działalność uprawia na porządku dziennym!

Ale nie dziś. Dziś po prostu jestem i słucham, jak inni studenci i cieszy mnie to wolne tempo. Dziś jestem obecna.

Dziś cieszę się każda chwilą. Naprawdę.
Tak rano postanowiłam i trzymam się tego postanowienia stanowczo.
Powolutku i z RADOŚCIĄ.
Zapomniałam jak to jest cieszyć się, zamiast biec na oślep w pędzie pracy,
a przecież cieszenie się z drobnych rzeczy jest takie przyjemne!

Wymagałam za dużo od siebie i od innych. Zapomniałam jak kochać siebie samą, więc i w stosunku do innych zaczęłam tracić otwartość i miałam mniej cierpliwości. Utrudniałam sobie wszystko. Wymagania, wymagania i wymagania.

A może te studia nauczą mnie też tego, żeby pracować systematycznie, fragment po fragmencie? Przecież wiadomo, że nie można zrobić wszystkiego od razu i jeszcze być  niezadowolonym, że się nie udało.
Mimo, że czas jest względny to jednak nasze życie zorganizowane jest wokół doby, a ta ma 24 godziny.
Wszystkiego zrobić się w jeden dzień nie da!

Zrób krok, tylko jeden krok, nie myśl już o następnym. Powoli do przodu i z radosną obecnością na każdym kroku. I tak robię.

Tylko, czy ja chcę dać instytucji prowadzić mnie za rękę? Czy urodziłam się, żeby podążać za regułami? Raczej nie, ale to nie znaczy, że nie mogę z nich skorzystać i wyciągnąć nauki.

Prosto i powoli nie znaczy źle. Może nawet prosto i wolno jest często lepiej?

Tak, Ania ma tu rację.

Less is more. Mniej znaczy więcej.

Czym dla Ciebie jest sukces? Czy on w ogóle nie istnieje? Czy jest potrzebny?
Pewne jest jedno- pędząc na złamanie karku niczego nie osiągniemy. Biegnąc na oślep i w nieskończoność gubimy po drodze powody, dla których tak biegniemy. Tracimy bliskie relacje z ludźmi ważnymi w naszym życiu. Tracimy zdrowie. Tracimy radość życia.
Przecież to chore! Śmierć za życia.

Dzięki DNIU RADOŚCI Ania też to zrozumiała i odważyła się podzielić się z nami bardzo osobistą refleksją – to fragment jej dialogu wewnętrznego z owego znaczącego dnia – DNIA RADOŚCI, który później nazwała pierwszym dniem życia.

“Jak mogłam zrobić Tobie to znowu Aniu?
Przecież tak bardzo Ciebie kocham. Przepraszam…
Ania złapała mnie delikatnie za rękę, a ja ujęłam jej dłoń i popatrzyłam w smutną twarz z miłością, a on zaczęła delikatnie odwzajemniać ten uśmiech. Bardzo Ciebie kocham powiedziałam. Chcę wynagrodzić Tobie ten czas, kiedy mnie przy Tobie nie było. Chcę wynagrodzić będąc z Tobą i traktując nas obie z miłością i cieszyć się życiem!”

14 listopad 2017

Tydzień radości. Dzień drugi..
Tak, dobrze widzicie. Drugi dzień całego TYGODNIA RADOŚCI!

Czternastego listopada Ania obudziła się nadal mocno zmęczona i po niespecjalnie udanych próbach „postawienia się na nogi” doszła do wniosku, że jeden dzień cieszenia się życiem i radości dla radości oraz dobrego samopoczucia to stanowczo za mało. Zdecydowała, że zasłużyła na cały tydzień radości!

Tydzień radości ma swoje reguły. To nowe reguły życia, które w przeciwieństwie do reguł odzierających nas z siły, wzmacniają nas.

TYDZIEŃ RADOŚCI to tydzień

bez oczekiwań,
bez uprzedzeń,
bez oceniania siebie, innych, sytuacji,
bez negatywnych dialogów wewnętrznych,
bez planowania,
bez podejmowania decyzji,
bez przywiązania do znanej rutyny,
bez martwienia się o przyszłość,
bez martwienia się o pieniądze,
w ogóle bez martwienia się o cokolwiek.

W TYGODNIU RADOŚCI robisz tylko to, co lubisz i tylko to, co w danym momencie sprawia, że czujesz się dobrze i cieszysz się.

Brzmi jak bajka i nie koniecznie jest to zadanie łatwe.
Zrobić coś, co odbiega od znanych schematów, oznacza dla naszego mózgu wciśnięcie guzika panika, a następnie obrona.

W związku z powyższym, Ania z naszego przykładu dość szybko zboczyła z obranego radosnego toru na manowce, bo jej spanikowany umysł zaczął planować i knuć.
Stary spiskowiec!
Ania zauważyła, co robi, ale nie było jej łatwo przywołać się do porządku i wrócić na ścieżkę radości.

zmiany na lepsze też wymagają pracy uwagi i świadomości.

Umysł Ania zaczął panikować podczas pływania, czyli wtedy, gdy Ania robiła coś, co uwielbia, jak dzieciak czekoladki. Ania musiała niemal”zmusić się”, żeby odseparować się od kłębiącej kolejki niespokojnych myśli.

Były i inne pułapki…

Ania zaobserwowała jak zaczyna robić rzeczy nerwowo, w pośpiechu. Wiedziała, że to reakcja na “muszę coś zrobić”. Znowu muszę…
Nabrawszy nowych sił, dzięki kilku godzinom radości, Ania wymyśliła, że powinna zrobić kolejne ogłoszenie do jej biznesu.
Ale co się stało?

Ania zaczęła przygotowywać kolację ze świadomością, że ma to ogłoszenie do zrobienia i co zaobserwowała?
Zamiast cieszyć się gotowaniem, usiąść spokojnie i cieszyć się smakiem, zaczęła wcinać jakby startowała w sprincie, jeszcze na stojąco, nadal krojąc i już denerwując się, że będzie musiała siedzieć przed komputerem i robić ogłoszenie.
Zauważywszy co się dzieje, Ania postanowiła

Nie, nie i jeszcze raz nie!
To mój TYDZIEŃ RADOŚCI!
Właśnie, że tego sobie nie zrobię. Nie będę siedziała przed komputerem, bo już sama myśl o tym przeraziła moje zmęczone ciało i optymistyczny duch radości zaczął znikać. O nie! Nie dopuszczę do tego. W końcu to tydzień RADOŚCI!
Zamiast pracy, zrobię to, co lubię. Popatrzę na ocean, a może po prostu będę robić nic…

Wierzcie lub nie, ale też możecie sobie pozwolić na przerwę w napiętym grafiku życia. I nawet jeśli cały TYDZIEŃ RADOŚCI może nie dla każdego być możliwy, to na pewno każdy z nas może wygospodarować chociaż 3 dni.

Owego trzynastego listopada Ania z naszego przykładu czuła się tak fatalnie, że nic jej już nie obchodziło. Jedyne, czego chciała, to znów poczuć, że żyje.
Chciała wynagrodzić sobie cały ten czas, kiedy była zbyt zajęta, aby cieszyć się swoim życiem.

Jeśli doprowadziłeś się do podobnego stanu smutku i frustracji, możesz potrzebować całego TYGODNIA RADOŚCI.

Do czego możesz go potrzebować?

Żeby zresetować wszystko w swoim życiu.
Żeby uzyskać dostęp do najważniejszych dla Ciebie wartości i uzyskać jasność co do tego, co chcesz mieć w swoim życiu, a także czego na pewno nie chcesz w nim mieć.

Tydzień radości, czyli robienia rzeczy, które dodają Ci skrzydeł i sprawiają, że jesteś wdzięczny za to, co masz!

Czy pamiętasz, kiedy ostatnio tak się czułeś?
Jeśli tak, co wtedy robiłeś?
Jeśli nie, to najwyższy czas, aby na nowo odkryć, co wywołuje szeroki radosny uśmiech na Twojej twarzy, co sprawia, że ​​twoja dusza tańczy, a życie płynie bez wysiłku!

Jeśli masz wrażenie, że jesteś chodzącym wrakiem, a nie żywym człowiekiem, a w najlepszym wypadku strzępkiem nerwów, to przecież nie sposób w jaki chcesz przeżyć swoje życie!

Wiesz, że chcesz czegoś lepszego!
Najlepsze jest to, że możesz to mieć. Naprawdę możesz mieć lepsze życie!

Zacznij od małego pojedynczego kroku. Ten krok to DZIEŃ RADOŚCI.
Pierwszy dzień twojego życia!

 

Please follow and like us:
error