Niezdrowo zdrowy. Czy naprawdę zdrowo jesz?

W dzisiejszych czasach łatwo “dać się zwariować” i ponieść szeroko promowanej fali tzw. zdrowego życia, w tym odżywiania.

Porozmawiajmy zatem o odżywianiu.
Raz po raz wraca do mnie pytanie, czy promowane zdrowe jest faktycznie takie zdrowe?
I czy to samo jest zdrowe dla każdego z nas w każdym momencie naszego życia i stanie organizmu?
Nie sądzę.

Czy można zatem jedząc zdrowo sprawić, że rozchorujemy się?
Można.

Jeśli przez nieumiejętny dobór produktów lub po prostu manię zdrowego jedzenia nadszarpniemy równowagę naszego organizmu, będzie on musiał poświęcić więcej energii na naprawianie siebie i przywrócenie zdolności normalnego funkcjonowania.
Może wtedy „wyłączyć” niektóre funkcje, które uzna za niekonieczne do przeżycia w czasie, kiedy stara się, „na przekór” nam, zdrowo jedzącym wrócić do równowagi.

Wiem o czym mówię, bo nie tylko są mi dostępne informacje i badania z biochemii, fizjologii, anatomii, psychologii et alia , ale również nabyta wiedza praktyczna. Mam  tu na myśli własne doświadczenie i doświadczenie kilku koleżanek i kolegów.
Niektórzy z nas zmądrzeli i zaczęli słuchać alarmowych sygnałów wysyłanych przez własne ciało, ale poprawa nadszarpniętego zdrowia nie następuje od razu, trzeba być cierpliwym.
Za to konsekwencje zabawy z jedzeniem są ogromne. I my je ponosimy.

Jedzenie, a odżywianie to dwie różne rzeczy.
Można jeść i nie odżywiać organizmu.
Tu są co najmniej dwie skrajne możliwości:

  1. Jeść zupełnie niezdrowo.
  2. Jeść “zbyt zdrowo”.

O tym jak jeść niezdrowo większość z nas ma pojęcie. Sprawa komplikuje się, jak zaczynamy mówić o zdrowym jedzeniu.

Żyjemy w dziwnych czasach.
To, co było normalnym jedzeniem kiedy ja byłam dzieckiem z biegiem lat stało się obecnie rzadkością.
Produkty, takie jak zwykłe pomidory o smaku pomidora, ogórki o smaku ogórka, wielokształtne i często nadgryzione przez robaki jabłka, makaron robiony ręcznie w domu z jajek, które faktycznie były zniesione przez kurę, która rzeczywiście żyła na „wolnym wybiegu” i jadła to, co kura normalnie je, z czasem zostały wyparte przez „błyskawiczne” sztuczne i z torebki oraz modyfikowane genetycznie i takie interesujące rzeczy jak jajka, które w Chinach potrafią dosłownie wyprodukować bez udziału kury…

W miarę „postępu” (?!), wzrostu tempa życia, przeróżnych zmian społecznych i wzrostu liczby ludności zamieszkującej ziemię pojawiało się zapotrzebowanie na wszystko, co jest „więcej” i /”szybciej”, czyli również tzw. „udogodnienia” w kuchni.
Po co masz gotować zupę przez pół dnia, kiedy możesz kupić torebkę i przyrządzić gar zupy z proszku pochodzącego z owej torebki w ciągu 10 minut (czy ile tam czasu będzie potrzebne na zagotowanie wody)?

Chciwość i zachłanność ludzka nie zna granic, więc odpowiedź rynku na takie zapotrzebowanie była szybka i bezwzględna- chcecie szybciej, damy wam szybciej i łatwiej.
Nikt nie mówił, że cena, którą za to zapłacimy będzie dużo wyższa niż to, co wyświetlają półki supermarketów.
Przecież chcieliśmy szybciej i łatwiej, o zdrowiu nie myśleliśmy.

“Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza, człowiecze z końca wieku? Głowę zwiesił niemy.”[1] [2]

Jak wiemy trendy na rynku produktów spożywczych i rynku farmakologicznym są interesująco przenikające się nawzajem i uzupełniające. Działają jak przemyślnie zaprojektowana maszyna do robienia pieniędzy.

Jak wiemy, popyt można zainicjować grając na ludzkich emocjach. Znamy też próżność ludzką. Okładki magazynów znane nam są od dawna, wiemy też jak są promowane „gwiazdy” przemysłu rozrywkowego i wiemy, na jaki rodzaj ciała panuje moda…

Od dawna znana jest obecność na rynku produktów „low fat” i „light”[3] (zazwyczaj pełnych cukru) lub „sugar free”[4] (zazwyczaj pełnych sztucznych słodzików, które jednak dobrą reputacją jeśli chodzi o ich wpływ na zdrowie nie cieszą się).
Później doszły wynalazki typu „gluten free”[5].
Te ostatnie zasługują w dzisiejszych czasach na osobne tomy poezji, a niewiedza przeciętnego człowieka na ich i glutenu temat jest nadal ogromna. Tu wspomnę tylko, że na obecnym rynku bezglutenowy raczej nie znaczy zdrowy i gorąco zachęcam tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, do postudiowania na ten temat.[6]

Kolejnym fantastycznym dla rynku spożywczego trendem jest żywność ekologiczna, organiczna, biodynamiczna, naturalna, bez sztucznych konserwantów i barwników, kosmetyki bio etc.
I tu znów szerokie pole do popisu dla marketingowców.

Wróćmy do naszych ogórków, które smakują jak ogórki i marchewek, które zwyczajnie rosną w ziemi, jak to marchewki robią, zamiast zwisać w kierunku ziemi po to, żeby rosły w jednakowych rozmiarach i nie brudziły się…
Dostępność tych prawdziwych produktów spadła znacząco od czasów, kiedy były one produktami zwyczajnymi, co za tym idzie, ich cena zmieniła się również znacząco. Niestety ich jakość zmieniła się również.
Według mojego doświadczenia Polsce trzeba “nagimnastykować się” znacznie, żeby znaleźć dobrego dostawcę naturalnych produktów. Zazwyczaj żywność dostępna w sklepach ze zdrową żywnością (!), tzw. „organikach”, czy nawet zielarskich jest nie tylko droga, ale często też pochodzi z Chin, co mnie osobiście przeraża (o jajku bez kury produkowanym w Chinach wspominałam, prawda?).

Całe szczęście jest ruch Slow Food[7], który ratuje nieco sprawę.

Ale wróćmy do tematu: Niezdrowo zdrowy.

Niestety wraz ze spadkiem jakości żywności pojawiła się potrzeba suplementacji. Podobno.
Na  pewno wiemy, że pojawił się nowy trend na rynku zdrowej żywności – superfoods[8] i suplemnety oraz wszelkiej maści i kolorów „ulepszacze” żywności.

Codziennie dowiadujemy się o fantastycznych właściwościach na przykład dyni i jarmużu oraz o tym jak i kiedy je jeść, żeby to było dla nas jak najbardziej korzystne. Stare dobre siemię lniane i babka płesznik to teraz źródło cennego błonnika (z jakiegoś tajemniczego powodu bardziej niż kiedykolwiek), więc również są dostępne w cennej cenie.

To samo stało się ze zwykłą pokrzywą, mniszkiem lekarskim, czarnym bzem czy rumiankiem. Wymieniać można bez końca.
Wiele rodzimych ziół, przypraw, warzyw i owoców oraz niektóre z ich przetworów stało się jakoś niezwykle cenne w ostatnich latach.

Przez ostatnich kilka lat (2016- 2019), spędzając każdego roku kilka miesięcy w Polsce, przeanalizowałam ceny produktów, o których teraz rozmawiamy.
Mówimy teraz o cenach z szerokiej gamy sklepów (w tym też aptek) i z wielu miast w Polsce. I ile razy idę na spacer do lasu lub z psem mojej mamy na łąkę i od niechcenia zbieram te obficie rosnące mniszki lekarskie, dziurawce, pokrzywy i inne, zawsze zastanawiam się co tłumaczy rosnący poziom cen tych samych ziół zapaczkowanych w małe torebeczki na półkach sklepów ze ekologiczną żywnością.
Pewnie zapotrzebowanie, bo przecież teraz wszyscy musimy jeść suplementy i stosować diety oczyszczające…

Trendy i idące za nimi wzrosty cen, a z nimi terminy marketingowe znane są z tego, że lubią zmieniać się, bo to gwarantuje nowe lub dodatkowe źródła dochodu dla producenta i całego łańcuszka dystrybucji i promocji po drodze do ostatecznego odbiorcy.
I kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. To są nasze pieniądze proszę Państwa.[9]
Dlatego to, co nazywane jest superfood dziś, za miesiąc schodzi na dalszy plan, wyparte przez nowego gwiazdora. Skoro wczoraj był jarmuż i herbatka z pokrzywy, to dziś niech będą jagody goji, maca, czarnuszka i stare dobre kakao. Czemu nie? No i oczywiście trawa pszeniczna. Mhmm, zielone to dobre!

Z tym, że zielone jest dobre zgadzam się. Do pewnego stopnia.

Zasada równowagi obowiązuje w każdym aspekcie naszego życia i należy pamiętać, że każde ludzkie ciało ma swoje indywidualne uwarunkowania, raczej nie zdarza się, że wszystko jest białe lub czarne, jest za to nieskończona ilość odcieni szarości.

Dlatego skrajności są dla nas szkodliwe- są nienaturalne dla naszego ciała.

Mówiąc o skrajnościach… sama przez kilka lat byłam fanatycznie zdrowa.

Kolejne zaburzenie żywienia, od jakiegoś czasu zyskujące na popularności, to ortoreksja.

„Ortoreksja to zaburzenie łaknienia, które polega na przywiązywaniu nadmiernej wagi do jakości spożywanego pokarmu. Pochodzi od słów: “orto” – prawidłowy, dobry i “orexis” – pożądanie, apetyt. Okazuje się, że zdrowe odżywianie się nie jest korzystne dla naszego organizmu, jeśli przybiera formę obsesji. Osoby cierpiące na ortoreksję stosują źle zbilansowaną dietę, która jest uboga w niektóre składniki odżywcze. Prowadzi to do niedożywienia. Przyczyny ortoreksji to problemy psychiczne, które przekładają się na chęć kontrolowania swojego życia poprzez nadmierne kontrolowanie swojego odżywiania.”[10]

Sama nieświadomie wpadłam w pułapkę zdrowego jedzenia.
Eksperyment, który niechcąco na sobie w ten sposób przeprowadziłam doprowadził mnie do dość fatalnego stanu zdrowotnego.
Przecież zdrowo odżywiałam się, więc nie zauważyłam, że znowu zanurzałam się w obsesję. Pamiętam jak dziś, kiedy to w swojej zuchwałości zignorowałam słowa mojej przyjaciółki, kiedy kiedyś delikatnie w kuchni wspomniała „słyszałaś o ortoreksji?” i grzecznie nie drążyła dalej tematu.

Jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że wreszcie udało mi się zobaczyć, czego „dokonałam” na samej sobie i moim ciele. Zajęło mi to z rok, czy dwa i nie było to łatwe, bo nie byłam osamotniona w moim otoczeniu w manii zdrowego jedzenia.
I mimo, że zaczęłam odczuwać ciężkie skutki ortorektycznej obsesji, nadal brnęłam w niej brnęłam, jeszcze zwiększając jej natężenie przez dokładanie kolejnych suplementów, głownie z serii zioła, superfoods i wszystko, co alkalizuje ciało.

Powoli, bardzo małymi krokami i korzystając z różnych metod odkrywałam co u mnie nie działa. Tu czuję się zobowiązana wtrącić, że żadne badania medyczne nie wykazały, że coś u mnie nie działa.
Według zwykłej medycyny alopatycznej jestem od lat okazem zdrowia, a ja długo czułam jakbym umierała od środka. Na marginesie, mam w związku z tym wątpliwości co do pewnych metod pomiaru lub norm, wedle których medycyna alopatyczna określa stan zdrowia człowieka…

Na zewnątrz było to widać po skórze, która była sucha i cienka jak papier. Tak to czułam, była inna. Układ hormonalny zwariował. Pojawiły się kłopoty z oddychaniem. Jelita przestały działać, jak powinny. Wątroba też. Wątroba – tak ważny organ! I jak to się stało mimo tego, że tak ją odtruwałam? I gdzie znikały moje ciężko pracujące mięśnie, a wraz z nimi waga? A może w odwrotnej kolejności…

Moja niespożyta energia uleciała i nawet nie wiedziałam kiedy. Za to bardzo dobrze wiedziałam, że jej nie mam.
Były takie dni, że zwykły spacer był dla mnie wysiłkiem, a do tej pory zawsze byłam mega wysportowana, silna, w świetnej kondycji i z niespożytą energią.
Popęd seksualny? Zapomnij.

Normalny sen? Nie bardzo, bo wysokie stężenie kortyzolu we krwi budziło mnie zazwyczaj pomiędzy pierwszą, a trzecią w nocy. Wiedziałam, czego to oznaka, bo mechanizm stresu w ludzkim ciele przeanalizowałam jako trener dość precyzyjnie.
Widać nie na tyle precyzyjnie, żeby zrozumieć dlaczego jestem w stanie permanentnego stresu. Złożyłam to na karby zbyt dużego wysiłku związanego z częstymi podróżami, przeprowadzkami, pracą i ogólnie niestabilnym trybem życia. O niedożywieniu nie pomyślałam…

Zdarzały się i zawroty głowy. Całodniowe. Towarzyszyły im również inne atrakcje, które przeżyłam bardzo ciężko i do tej pory dziękuję Bogu, że w stanie, w jakim byłam, udało mi się bezpiecznie za każdym razem dojechać autem do domu.
Tego typu wątpliwe bohaterstwo przypłaciłam jeszcze większym spadkiem odporności, bo mój mózg na dzienne operacje bezdusznie pobierał energię z tkanek, w których już jej zmagazynowanej nie było, więc drapieżnie wysysał z życia same tkanki.

Ludzki mózg to drapieżca. Ona MA przeżyć. Taki jest jego główny program.

Jeśli ciało nie dostaje wystarczająco dużo energii i w związku z tym nie może naturalnie zapewnić jej mózgowi, on i tak tę energię pobierze. Skąd będzie mógł. Zrobi to kosztem innych organów i tkanek.
Taki jest mechanizm śmierci głodowej…

Jak już teraz wiemy, w swojej manii zielono – zdrowego jedzenia nie zauważyłam, że zaczęłam też bardzo mało jeść, bo bałam się… Jeśli nie miałam swojej przygotowanej porcji z ekologicznych produktów, wolałam nie jeść niż zjeść coś, co uważałam za szkodliwe!

Niezdrowo zdrowy.

Ja nie podążałam za trendem. Te wszystkie rynkowe hity zdrowego jedzenia nie pasowały mi za bardzo. Jagód acai spróbowałam raz i mi to nie smakowało za bardzo, zielone szejki, koktajle i soki z trawy jęczmienia też nie koniecznie.
Ja po prostu chciałam jeść tylko naturalne produkty ekologiczne i być w mega świetnej formie, mega zdrowa, mega silna i przenosić góry na swoich barkach. Nadczłowiek… Z historii wiemy, że to oznacza manię, a ta zgubę.

Moja zdrowa dieta działała przez jakieś 2 lata, dopóki była po prostu zdrowa.
Dopóki była bogata w różnorodne pokarmy z dobrego źródła i z niemal całkowitym wykluczeniem sztucznych produktów, zwykłej pszenicy i cukru, oraz dopóki jadłam, faktycznie czułam się świetnie i rzeczywiście cieszyłam się rewelacyjnym zdrowiem i siłą.

Niestety nie zauważyłam, kiedy to zaczęło przeradzać się w obsesję, a im bardziej wariowałam, tym mniej jadłam (żeby mi nie zaszkodziło…) i tym bardziej chciałam wspomagać organizm poprzez mieszanie zbyt wielu składników na raz.

Niby mam naukowe zacięcie, a jednak w swojej manii nie wpadłam na pomysł, że wszystko jest związkiem chemicznym i mieszanie pewnych produktów i ziół nie jest bezpieczne dla ludzkiego organizmu i może mieć fatalne skutki.

Wszystko można w życiu zepsuć, własne zdrowie też.
W dzisiejszych czasach “zdrowe” to nadużywane pojęcie, na pewno jeśli chodzi o odżywianie.



Tak pisałam jakieś dwa lata temu…

A świat nadal zmieniał się. My go zmienialiśmy.
Teraz, kiedy zalewają nas fale plastiku i CO2 zwiększającego globalne ocieplenie, wszyscy jemy i pijemy plastik, niezależnie, czy nazywa się on “eko”, czy nie.
Czy jest sens mówić o jakimkolwiek zdrowym jedzeniu w obliczu powyższych faktów i u progu klęski klimatycznej?


Co Ty sądzisz?


[1] Kazimierz Przerwa-Tetmajer, „Koniec wieku”, Poezye tom II, wyd.III Warszawa, G. Gebethner i Spółka 1901.

[2]Komentarz autora: Zachęcam do przeczytania tego utworu, być może po raz kolejny. Jest o czym pomyśleć…

[3] O niskiej/obniżonej zawartości tłuszczu lub beztłuszczowy.

[4] Bez cukru.

[5] Bezglutenowy.

[6] Można zacząć od pozycji: Dr William Davis, „Kuchnia bez pszenicy. 150 przepisów, które pomogą pozbyć się pszennego brzucha i wyzdrowieć”. Bukowy Las Sp. Z o.o. 2013.
Pozycja zawiera nie tylko informacje dotyczące gluten i życia bez niego, ale także obszerny zbiór przepisów.

[7] Organizacja i jednocześnie ruch społeczny skupiający osoby zainteresowane ochroną tradycyjnej kuchni różnych regionów świata i związanych z tym upraw rolnych i nasion, zwierząt hodowlanych i metod prowadzenia gospodarstw, charakterystycznych dla tych regionów. Za https://pl.wikipedia.org/wiki/Slow_Food
Dostęp: 11 października 2017, 30 lipca 2019
Komentarz autora: pozwoliłam sobie użyć terminu z Wikipedii, ponieważ wydał mi się zwięzły i trafny.

[8] Superżywność – termin marketingowy wykorzystywany do określania nieprzetworzonej żywności pochodzenia naturalnego, rzekomo bogatej w składniki odżywcze, których ilość i właściwości mają działać korzystnie na organizm człowieka. Za https://pl.wikipedia.org/wiki/Superfood. Dostęp: 11 października 2017 , 30 lipca 2019
Komentarz autora: ponownie pozwoliłam sobie użyć terminu z Wikipedii, ponieważ wydał mi się niezwykle trafny.

[9] Cytat (nieco zmodyfikowany) z filmu „Rejs” z 1970 roku w reżyserii Marka Piwowskiego.

[10] https://portal.abczdrowie.pl/ortoreksja, Październik 2016, artykuł podpisany przez: psycholog Kamila Krocz. Dostęp: 13 października 2017, 30 lipca 2019[

Please follow and like us:
error

Równowaga w życiu. Część IV.

Dziś obudziłam się w domu.

Obudziłam się w domu po raz pierwszy od nie pamiętam już kiedy.

Spałam całą noc. Też nie pamiętam od kiedy. I nie męczyły mnie koszmarne sny. Przynajmniej nie tak ciężkie, jak ostatnio.

Obudziłam się w domu i obudziłam się człowiekiem. Po prostu. Człowiekiem- duchem, który ma szczęśliwie dwie sprawne ludzkie ręce, którymi może wykonywać różne prace i dwie zdrowe ludzkie nogi, które mogą mocno stąpać po ziemi w życiu mi danym.

Otworzyłam drzwi, do kuchnio-pokoju wpadło świeże powietrze poranka przed wschodem słońca. Do mojego domu ono wpadło- do tej kuchni, do mojego ludzkiego nosa i serca. Doznania zmysłowe i pozazmysłowe. Razem. Jednocześnie.

Obudziłam się tam, gdzie jestem, w Australii, na Gold Coast, gdzie rosną palmy i słychać ocean.

Obudziłam się w zgodzie ze sobą.

Ostatnie długie (naprawdę długie) miesiące codziennie budzę się w Polsce, w domu mojej mamy, a po pracy wracam skąpana we własnych łzach do naszego domu „na działce”.
Ten dom był w znacznej mierze faktycznym domem w moim dziecięcym sercu, ale odszedł z mojego życia wraz ze śmiercią taty w tym roku.
A tak naprawdę cały ten czas mieszkam w Australii i tu się budzę i zasypiam.

Codzienny konflikt między żebrami.
Jaki konflikt?

Jedna rzecz to pytanie obecne we mnie od dawna- Polska, czy Australia? Kiedy podjąć decyzję? Kiedy wyjechać z Australii i na jak długo?

Druga rzecz to moje nieustanne poszukiwanie.
Poszukiwanie wiedzy o człowieku, o świecie, o Bogu, poszukiwanie Jezusa, poszukiwanie siebie, poszukiwanie talentów, które dostałam przychodząc na ten świat oraz poszukiwanie tęcz i jednorożców.

Tak, tak, dobrze widzisz. To jest moje życie. Biegnę z głową i sercem w chmurach, jednocześnie stąpając po meandrach nauk przeróżnych z zacięciem szalonego naukowca, za to bardzo mało solidnie (czytaj: wyjątkowo chwiejnie) po praktycznej ziemi życia.

Stopami ledwo dotykam tej ziemi, a przecież to także ten wymiar, w którym teraz istnieję. Wymiar, w którym istniejemy. To bardzo realny wymiar.
Przynosi nie tylko miłość, radości i koszmary dzielenia życia z rodziną i innymi ludźmi, ale też marzenia i czasem ich spełnienie.

To wymiar, który przynosi emocje.
Czasem może przynieść  przynieść frustrację, gniew i rozczarowanie, ale przecież może też przynieść zadowolenie z pracy, radość ze spotkania z przyjacielem, spokój zanurzenia w hobby i miłość do dziecka.

Jak wrogim wobec siebie uczynkiem jest nie docenianie możliwości, które niesie nasze praktyczne życie!

„Per aspera od astra”
Przez trud do gwiazd.

Widziałam to zapisane w wielu notatkach i kalendarzach taty tego koszmarnego dnia, kiedy po jego pogrzebie opróżniałyśmy z Elą jego mieszkanie.

Równowaga.

Jakże tajemnicze pojęcie!

To chyba właśnie równowaga jest tym Świętym Graalem, którego szukam, ale wcale nie szukam, a znaleźć powinnam . Powinnam znaleźć zanim zginę, żyjąc życiem, które tak kocham, a którego jednocześnie sobie odmawiam.

Słowa w mojej głowie, słowa w moim sercu, słowa pisane moimi praktycznymi ziemskimi rękoma i te same słowa malowane wichrem ducha. Te same słowa.

W człowieku nie ma rozdzielności, takie nasze prawo i przywilej.

Ale jednocześnie tak wielu z nas trwa w wewnętrznych konfliktach. Rozdwojona jedność.
Jak to możliwe? Czy taka jest natura człowieka?

Jak znaleźć jedność w sobie? Piszę o tym książkę i ciekawa jestem, czy sama dowiem się jakie jej zakończenie i jakie jest rozwiązanie tej zagadki.

Prawda daje się odkrywać i tylko od nas zależy ile jej zobaczymy.

Kiedy w 2017 zaczęłam nad wyżej wspomnianą książką pracować, dałam jej tytuł roboczy „książka numer jeden”, po czym zmieniłam szybko na „książka numer dwa” widząc, że niełatwe tematy poruszam.

W trakcie pracy nad nią, nabrałam odwagi i postanowiłam wziąć pełną odpowiedzialność za przekaz. Wróciłam do „numer jeden”, po czym zaczął wyłaniać się prawdziwy tytuł i dumnie, choć po cichu, nazwałam ją „jak dobrze żyć”. Tylko po to, by rok później zmienić go na „jak nie żyć, żeby przeżyć” – o jedności w człowieku i jej totalnym rozjechaniu”.

Samo to, że chciałam wziąć na swoje barki pełną odpowiedzialność, za tak ważne treści, pozostawiam na razie bez komentarza. Do refleksji własnej, że tak powiem.

Zadaję sobie pytanie kiedy oko publiczne ma ujrzeć taki materiał?
Kiedy on będzie gotowy? Może kiedy znajdę jedność? Kiedy znajdę własną równowagę w życiu.
Nie za wysoko i nie za nisko. Nie za bardzo do przodu,ale też nie zostając za bardzo z tyłu- po środku.

Jak często chodzimy z głową do przodu, kiedy nasze praktyczne ludzkie nogi pozostają z tyłu, bo nie są jeszcze gotowe, żeby być tam, gdzie góra?

Paskudna pozycja i postawa dla człowieka. Siła grawitacji w takim położeniu zaczyna mocno nasze ciało nadwyrężać, bo środek ciężkości nie jest tam, gdzie powinien być dla optymalnego funkcjonowania całego człowieka.

Nabawiamy się w ten sposób bólu karku i pleców, a często również bólu głowy. Później, przygnieceni całym tym bólem, garbimy się i chodzimy patrząc w dół, zamiast przed siebie…

Brak równowagi.

Od kilku lat przyjaźnię się ze wspaniałą kobietą, którą poznałam jako mojego psychologa, kiedy rozstawaliśmy się z ówczesnym mężem.

I tak spotykamy się raz na jakiś czas, starając się trzymać jakąś równowagę w tej prywatno-nie prywatnej relacji. Równowagę, która pozwoli by ta relacja trwała i była dla nas obu dobra.

Spotkania z nią to jeden z moich najważniejszych pomostów pomiędzy magią życia, w której tak lubię unosić się, a praktyczną, również ludzką, rzeczywistością, w której stąpają moje dwie małe silne stopy.

Widziałam się z nią przedwczoraj. Jednym z ważniejszych rezultatów tego spotkania było to, że wczoraj wieczorem zaczęłam rozumieć źródło obecnego wewnętrznego konfliktu.

Te nasze prywatno-nie prywatne spotkania, jakoś szczęśliwie zawsze wypadają we właściwym czasie.
W czasie, kiedy po długich tygodniach poszukiwań duchowo-naukowych zaczynam kompletnie odlatywać z tego świata.

Konflikt wewnętrzny narasta, bo zamiast cieszyć się z moich odkryć, jak z nowo narodzonego dziecka (czytaj: cieszyć się bardzo mocno i długo, bo ono dorasta i zmienia się!), to ja

pluję sobie we własną twarz, że jestem jeszcze nie wystarczająco dobra.

Mam wtedy w głowie takie słowa jak „szaleństwa panny Ewy” i „cierpienia młodego Wertera”.
Śmieję się z siebie, ale nie do końca.

Zapominam, że jestem człowiekiem i, że taka ludzka kondycja- duch w ciele, które żyją razem i razem powinny kroczyć przez praktyczne ścieżki życia.
Im więcej poszukiwań duchowych, tym większe wymagania w stosunku do siebie, a mniej ludzkich radości. A przecież ja lubię te zwykłe ludzkie radości. Smutki też czasem, bo czym jest radość bez smutku?

Brak równowagi męczy bezlitośnie, bo mniej ludzkich radości jest jednoznaczny z odmawianiem sobie korzystania z życia w pełni.

To moja powtarzająca się historia- stawianie sobie poprzeczki zawsze za wysoko.
Jak wielu z nas podnosi swoją poprzeczkę bezustannie, żeby nigdy nie móc jej właściwie dotknąć?

Jak często wielu z nas dąży do niezdefiniowanej perfekcji? A przecież jest to misja nie do wykonania.

Uroboros- wąż pożerający własny ogon.

Wąż pożerający własny ogon symbolizuje nieskończoność, zjednoczenie przeciwieństw i wieczny powrót- koniec jest początkiem.
To nieskończona jedność duchowa i fizyczna wszechrzeczy, ale może też oznaczać błędne koło…

Wszystko jest perfekcyjne, dokładnie takie, jakie ma być w danym momencie naszego życia. Jednocześnie ten moment zmienia się, choć ciągle trwa (rzeka) i też my powinniśmy dokonać zmian w sobie, by do nowej sytuacji zaadoptować się.

Człowiek perfekcyjnie nieperfekcyjny. Naszym obowiązkiem wobec samych siebie jest odnaleźć równowagę w tym nieskończonym procesie przemiany. Odnaleźć równowagę w sobie, w naszym życiu.
Odnaleźć równowagę dla siebie.

Spokój i radość to niezwykle ważne czynniki naszego życia. Czy bez nich możemy cieszyć się życiem w pełni? I czy możliwe jest życie w spokoju i radości bez równowagi?

Wczoraj zostawiłam swoją poprzeczkę, tam gdzie ją umieściłam wcześniej.
I wreszcie udało mi się jej dosięgnąć!
Wczoraj wieczorem dałam sobie wreszcie przyzwolenie, żeby być człowiekiem, żeby nie próbować osiągnąć doskonałości, żeby móc popełniać błędy.
Wolno mi upaść. Mam przywilej, żeby wstać. Dlaczego nie korzystać z obu?

To tak, jakby wszystko było tylko światłem- gdyby nie było ciemności, nie było nocy, to czym byłby dzień?
Czy widzielibyśmy gwiazdy? Nie.

Równowaga w życiu. Jedność ducha i ciała.

Dziś obudziłam się w domu. Dziś obudziłam się człowiekiem.

To jest naprawdę piękny dzień.

Please follow and like us:
error

Jeden dzień życia z ADHD.

2 września 2018

Jeden dzień życia z ADHD.

Budzisz się i masz wrażenie, że nadal jest wczoraj, że nic się nie uspokoiło, że w ogóle nie spałaś (poniekąd masz rację, bo jest 3:30 rano), oczy szeroko otwarte, masz wrażenie, że pod skórą płynie prąd o natężeniu tysięcy wolt (wielu tysięcy).

Głęboko oddychasz, co najmniej 10 razy, żeby nie zerwać się by biec, żeby zapanować nad tym chaosem, który nie zaczął się jeszcze (a jednak już się zaczął, a właściwie nigdy nie skończył).

Jak już się nieco uspokoisz, stwierdzasz radośnie, że w sumie fajnie, że jest tak wcześnie, bo zdążysz zrealizować wszystkie pomysły, które już ledwo mieszczą się w Twojej głowie.

Chwilę udajesz, że walczysz ze sobą, ale jednak „przegrywasz” i idziesz zrobić kawę (czy wspomniałam, że już zdążyłaś posprzątać łazienkę i nastawić pranie, a czasem tez ugotować obiad?).
Co z tego, że jest 4 rano? 

Przyznajesz w głębi, że kawa nie jest „najświetniejszym” z Twoich pomysłów, ale jednocześnie usprawiedliwiasz się przed samą sobą, że przecież nie raz udało Ci się naprawdę skoncentrować na czymś w 100% po wypiciu kawy rano.

Do godziny 9 rano zdążyłaś napisać artykuł, pójść na spacer połączony z medytacją i  wykonać plan treningowy, z którym większość ludzi ma problem przez tydzień.

Zaczynasz być głodna. Super, czas na śniadanie! Uspokoiłaś się na tyle, że masz już miejsce, żeby coś zjeść.

I jeszcze bardziej super, że jest dopiero 9, więc masz cały dzień, żeby zrobić jeszcze więcej fajnych rzeczy plus masz też czas na te „inne” rzeczy (mniej lub zupełnie niefajne).
I już zaczynasz kombinować jak wcisnąć do tego planu coś, co robisz najlepiej (sport) – pójść na basen, rower, pojechać w góry lub zrobić niezaplanowany trening siłowy (to ostatnie to akurat wiesz- niezaplanowany trening siłowy to durny pomysł, ale przecież co to dla Ciebie?).

O 10 (w ogóle nie zauważyłaś, że zjadłaś śniadanie i zastanawiasz się, czy nadal jesteś głodna, czy jadłaś, a może to było wczoraj…) jesteś już kompletnie mentalnie wykończona, od tego planowania i setek pomysłów (w głowie już je wszystkie zrealizowałaś i zaplanowałaś nowe…), ale nadal gotowa do działania, wiec idziesz i robisz to co jest najłatwiejsze i Ciebie nie przygniata- w moim wydaniu sport i ruch.

Na marginesie- dzień, kiedy idziesz do pracy, wszystko wygląda podobnie plus to, że kilka godzin masz wyjęte z życia, bo idziesz do pracy.

Około pierwszej po południu (dzień bez pracy), wydaje Ci się, że minął tydzień od kiedy obudziłaś się. Ale rozumiesz, że to nieprawda i masz jeszcze tyle godzin, żeby zrobić fajne rzeczy.
Lub zrobić te niefajne i czuć się ok, że dałaś radę te nieciekawe i kompletnie bezsensownie nudne rzeczy zrobić.
Później jesteś nawet zadowolona, że taka byłaś silna, żeby to cholerstwo „wypchnąć”.

W kalendarzu masz zaplanowane podlanie ogródka koleżance (pewnie pojedziesz rowerem, bo nie usiedzisz w samochodzie, no i będzie ładniejsza trasa, jak rowerem), spotkanie autorów w bibliotece, klienta na masaż, jogę wieczorem i zastanawiasz się, czy wolisz pójść później na spacer, czy może do kina (jedno i drugie Ciebie uspokaja).
Wtedy dzwoni telefon. Szef pyta, czy nie chciałabyś popracować kilka dodatkowych godzin. Jasne, że chcesz!

W międzyczasie przypominasz sobie, że żeby coś zjeść musisz to ugotować, więc w biegu pędzisz do domu zająć się tym.

Krojąc jarmuż myślisz o mięśniach, które „obsługują” staw barkowy i nie możesz sobie przypomnieć do czego jest przyczepiony mięsień piersiowy mniejszy, więc w czasie jak kroisz ten jarmuż i już drugą ręką starasz się mieszać przypalający się na patelni czosnek, „idziesz” w głowie do pokoju po książkę, żeby ten mięsień piersiowy zanalizować.

Zanim faktycznie poszłaś po tą książkę odcięłaś sobie kawałek kciuka (całe szczęście tym razem to tylko powierzchowne), który teraz krwawi, więc szukając książki szukasz też plastra, bo nie chcesz własnej krwi w zupie. Czosnek dalej się przypala…

Udało się, sytuacja opanowana, wiesz już wszystko o mięśniu piersiowym (i kilku innych) i co nieco na temat refleksologii, na przykład, które punkty na stopie odpowiadają za nerki, a które za wątrobę -to w międzyczasie też przykuło Twoją uwagę.

Nie pamiętasz faktu jedzenia, bo Ciebie przecież przy tym nie było, więc nie wiesz, czy jesteś głodna, ale na pewno spóźniona, więc pędzisz podlać ten ogródek.

Nadchodzi wieczór. I co teraz??? Jesteś już zmęczona ciągłą analizą każdej sytuacji Twojej i innych w co najmniej 11stu tej sytuacji aspektach, jesteś zmęczona tym, że czujesz, że stać Ciebie na dokonanie niesamowitych rzeczy, ale jednocześnie wszystko zaczyna Ciebie przerastać, bo na żadnej z tych rzeczy nie umiesz skupić się dostatecznie długo, żeby coś skończyć.

Czujesz też w mięśniach, że jest takie prawdopodobieństwo, że jesteś też zmęczona fizycznie, ale nadal niespokojna od przygniatających Ciebie rozpędzonych pociągów myśli, więc jednak idziesz na spacer.

Wśród natury uspokajasz się, jest tyle szczegółów, które przykuwają Twoją mimowolną uwagę, że uwaga dowolna ma moment wytchnienia, a Ty masz szansę na chwile spokoju.

Idziesz i myśli układają się w sensowny obraz.

Na przykład nagle jasno rozumiesz, że jeśli coś Ciebie mega interesuje, umiesz skupić się i całkowicie dać temu pochłonąć.

Jeśli coś Ciebie mega interesuje, możesz  zapamiętać informacje, możesz coś zaprojektować, lub stworzyć.
Jeśli tylko materiał poznawczy jest dostarczony w sposób zrozumiały dla Ciebie.
Na pewno nie może być liniowy. Liniowy to śmierć na miejscu.
Twój mózg projektuje mapy myśli, nie ma czegoś takiego jak jedna ścieżka.

Dla Ciebie nie ma czegoś takiego jak „thinking outside of the box”.
Dlaczego?

Dlatego:
“What is the box?? There is NO box!!!”

No właśnie…

Ale wróćmy do wieczoru tego samego dnia.
Wróciłaś do domu ze spaceru i pora, żeby pójść spać, ale co teraz?
Spać to akurat niekoniecznie, bo właśnie przeżywasz tydzień na mega haju (naturalnym poniekąd – wyprodukowanym przez Twój super mózg) i zamknięcie oczu jakoś Ci nie wychodzi.

Książka? Jasne, poczytajmy, świetny pomysł!
Taaak… Nawet jak usiądziesz i „przeczytasz” (czytaj: przerzucisz, nie pamiętając, co przeczytałaś), ileś tam stron, to co z tego? Ile czasu musisz „przerzucać” w przód i tył, żeby wreszcie zacząć czytać?? I po co?

Ale! Jeśli takie coś brzmi dla Ciebie znajomo, to jest światło w tunelu!
Znajdź książkę, która, jak spacer po górach lub nurkowanie pochłonie całkowicie Twoją uwagę.
Inną, taką książkę, w której magiczny świat możesz przenieść się bez nadmiernej analizy.

Jak takiej nie mam pod ręką, to d…a blada.
Herbatki ziołowe na spanie są fajne, nawet smaczne, mimo, że zawsze robię je w dawce przynajmniej 3krotnie silniejszej niż inni, ale, żeby pomogły ze spaniem? Hahahahaha

To ja w odpowiedzi, po latach takiego życia „wynalazłam” strategie, które mi pomagają „zejść z haju” i wyciszyć wszystko. Ale o tym zaraz.

Żeby nie było złudzeń- stres, frustracja, zmęczenie i kiepski nastrój narastają z każdym dniem, jak nie wiesz co się z Tobą dzieje, nie wiesz, że masz ADHD i po prostu nie możesz wpasować się w zwykłe normy i zwykłe życie, bo biologicznie i chemicznie Twój mózg nie jest do tego zdolny.

Twój mózg jest za to zdolny do wyprodukowania wspaniałych rzeczy, ale nie pozwalasz mu.

Myślisz, że jednak skończysz ten durny kurs, który Ciebie kompletnie nie interesuje i jest nuuuudny jak (…), ale skończysz go, te kwalifikacje otworzą drzwi do „lepszej” pracy. Powodzenia!

Zanim przebrniesz przez pierwszą część tego żmudnego, powtarzającego się zadania, masz ochotę utopić się, zniknąć, zapomnieć, że coś tak obrzydliwego właśnie robiłaś przez ostatnie kilka godzin w bibliotece.

Owszem, trochę jesteś zadowolona, że taka byłaś dzielna, znalazłaś sposoby, żeby przez te godziny przebrnąć z uśmiechem i nie denerwować się, ale jesteś wykończona i masz ochotę walić głową w ściany.

Twój mózg jest głodny. Bardzo, bardzo głodny i domaga się czegoś, co go będzie stymulowało i pozwoli wykorzystać potencjał.

Ale Ty próbujesz to „przykryć” i udajesz, że się nie dzieje.
Do czasu.

Do czasu kiedy wszystko się zawala, stwierdzasz, że nie wiesz jak przeżyć swoje życie i przypominasz sobie, że nic nie skończyłaś w życiu, za to zaczęłaś bardzo dużo i czujesz się samotna, przygnieciona, sfrustrowana i masz już wszystkiego dość…

To jakie te strategie?
Fatalne dla zdrowia.

Na przykład kieliszek czegoś mocnego. Tak właśnie, nie boję się przyznać, bo taka ciężka prawda.
Jeden lub 2 sprawiają, że wszystko nagle cichnie, uspokajam się i mogę skupić na jednej rzeczy i ją skończyć.
Valium i mu podobne. Tak, to też “działa”.

W końcu świat wygląda normalnie”, ja jestem spokojna, mogę oddychać, nie jestem już przygnieciona armią rozpędzonych rakiet myśli i mogę spać. Złudny ten sen, ale po tygodniu niespania lepszy taki niż żaden.

Medytacja, joga, techniki oddechowe, akupunktura.
Tak, jasne, że to też. Bez nich w ogóle nie wyobrażam sobie jak mogłabym funkcjonować, ale są takie momenty, że to wszystko jest cholernie trudne.

Kosztuje za dużo wysiłku gdy już jesteś w stanie, kiedy masz kompletnie wszystkiego dosyć i po prostu chcesz móc nic nie robić i zapomnieć o wszystkim.

Dieta jest ważna.
Jak ktoś mi powie, że mam jeść „complex carbohydrates” (węglowodany złożone), bo rano skończyłam trening, to nie wiem, czy mu nie dam w szczękę, bo jak ja zjem takie danie, to oszaleję.
Na takim paliwie czuję się jak bomba, która ma za chwilę wybuchnąć (nie wiem jak się czuje bomba, ale ja tak się właśnie czuję) o ile nie znajdzie gdzieś szybko miejsca, żeby biegać sprinty, dopóki nie przestanie tykać…

Lepiej się czuję na lekkim głodzie i jedząc białko i tłuszcz w głównej mierze i tylko czasem więcej węglowodanów, jak czuję, że organizm już domaga się takiego paliwa i od niego nie wybuchnę.

No i tak to jakoś wygląda… Wyglądało do tej pory przynajmniej.

Zbliżam się do 40stki, dopiero dowiedziałam się, że mam ADHD i zaczęłam studiować co to jest i teraz całe moje życie nagle ma sens.

Wszystko układa się w całość.

Mam poczucie, że tym razem wreszcie mi się uda, bo nie jest tak, jak już zaczęłam myśleć, że coś jest ze mną nie tak.
Mam po prostu super moc i rozumiejąc ją coraz lepiej muszę teraz nauczyć się jak żyć, żeby nią zdrowo dla siebie zarządzać.

I może coś wreszcie w życiu osiągnąć.

Ania Stan ADHD super power

Please follow and like us:
error