Moja działka

Styczeń 2019, Australia

Jaka jest moja działka w rzeczywistości pełnej szmatławych odprysków ludzkiej zachłanności, łącznie z internetowym śmieciem i szambem systemów “idiot”?

Zadajesz sobie takie pytanie czasem?

Grozi nam nie tylko klęska ekologiczna.

Już dawno stanęliśmy u progu chaosu i totalnego kryzysu podstawowych wartości moralnych. Ten ostatni powoli przekraczamy.

Często zastanawiam się nad tym jaki ja mam w tym wszystkim udział?

Ja staram się bardzo.
Jestem szczerą, mocno pro-ekologiczną minimalistką.
Energię wkładam w to, w co wierzę i nie boję się o tym mówić.

Staram się na każdym kroku być dobra dla innych, robić dalej to, co potrafię robić dobrze- trenować siebie i innych ludzi, ucząc ich też o zdrowiu, ruchu i jak iść przez życie według mojej najlepszej wiedzy oraz aktualizować tą wiedzę.

Ale coraz częściej mam ochotę zniknąć, bo jak tylko uda mi się uchwycić sens tego, co robię, i myślę, tak, to właśnie moja działka,
dostaję w twarz kolejną cuchnącą szmatą cyber-rzeczywistości lub ludzkiej chciwości wyrażonej często w dewastacji planety i nas samych i…
odechciewa mi się wszystkiego.

Najchętniej medytowałabym bez przerwy podnosząc ciężary lub ćwicząc bezdechy zanurzona głęboko pod wodą i już wcale nie wracała do tak zwanej rzeczywistości.

Ale nie mogę. Jeszcze nie teraz.

Mimo, że jest pod górkę, jak patrzę na to, co dzieje się z nami i planetą i większość bardzo oporną na zrozumienie. Mimo, że codziennie napotykam na coraz to nowsze przeszkody.

Nawet wordpress, którego używam do napisania tego postu, wywiesił właśnie plugawy ozór aktualizacji bezwstydnie obnażając jej efekty.

Wszystko zostało zautomatyzowane, brak elastyczności, nawet nie widzę, co piszę, bo tekst przykrywają jakieś paski zadań i powiadomienia, które wyskakują bez przerwy nie wiem skąd.

Trochę jak w bajce o Aladynie i cudownej lampie…

Teraz zamiast potrzeć lampę, naciskasz jeden guzik, żeby nowy paragraf zrobił się sam, a w innej zakładce dżin imieniem google już wie czego szukasz zanim własną myśl zwerbalizujesz.
Szkoda, że wyniki, które zwraca mało mają wspólnego ze spełnieniem życzenia. Zamiast tego, musisz przebrnąć przez śmieci pseudo informacji, żeby (być może) znaleźć wartość nie zwracającą fałszu.

I znowu nie wiem, czy ja mam jakąkolwiek rolę lub choćby działkę do uprawiania w tego typu “realu”…

Nie, żebym nie próbowała szukać. Całe życie szukam. Myślę też, że znalazłam, ale…

Upłynęło już kilka dobrych lat poszukiwań.

Kila lat mojej młodości, radości, szaleństw, śmiechu, łez, niemierzalnego stresu, w którego amoku doznałam tajemniczych zaników pamięci i kilka lat otrząsania się z tego stresu, szukania spokoju, a może po prostu dziury w całym? W całym, którego nie ma?
Trudno znaleźć dziurę w czymś, czego nie ma.
Powtórz.

Styczeń 2015, Australia

Veni vidi vici. Przez lata wydawało mi się, że każdy może te słowa włożyć w swoje usta i będą to słowa prawdziwe.

Dziś myślę, że są zarezerwowane.  Zarezerwowane dla zwycięzcy.
Dla tego, kto sam potrafi być sterem, żeglarzem, okrętem i zdobywcą własnego życia.

Ale po kolei. Niemal 6 lat temu przyleciałam na wizie studenckiej z Polski do Australii. To było moje marzenie

Załatwiłam sobie roczne wakacje. Rok zleciał prędko. Zostałam.
Dużo w tym pierwszym roku osiągnęłam. Pracowałam na to bardzo intensywnie i były rezultaty.

Niedługo po przylocie zaczęłam trenować sztuki walki w jednym z klubów – głownie brazylijskie jiu jitsu, które wybrałam jako przedmiot dodatkowy na kursie, dzięki któremu została mi przyznana wiza studencka.

Szybko okazało się, że reszta to był tylko dodatek do jiu jitsu i po 3 miesiącach od pierwszego kroku na macie w Australii już brałam udział w zawodach całej Oceanii.

Od dziecka zafascynowana byłam sztukami walki i zanim przyleciałam na antypody już ich kilku spróbowałam, ale w jiu jitsu zakochałam się. Z wzajemnością – okazało się, że tworzymy świetną parę.
Trenowałam dniami i właściwie nocami po części również, a w autobusach studiowałam materiały z kursu i pisałam zaliczenia.

Trzeba było zacząć zarabiać, bo zasób złotówek szybko topniał w upale drogiego czynszu za dach nad głową opłacanego już w dolarach australijskich. Zaparłam się, że będę pracować ucząc pływać (w Australii!) skoro mam do tego kwalifikacje.
Musiałam zaprzeć się, bo kwalifikacjami z Polski mogłam sobie w Australii pomachać.

Wyjścia były 2– zapłacić za kurs tutaj lub aplikować o rozpoznanie kwalifikacji.
Na kurs funduszu nie miałam, może i bym miała, ale za cenę mieszkania na ulicy… a rozpoznać kwalifikacji nikt nie chciał.

Nie wspomniałam jeszcze, że wszystkie te zawiłości faktycznie były dla mnie zawiłe i nie miałam pojęcia o systemie kwalifikacji, instytucji je nadających, instytucji je honorujących, ludzi „u władzy” owych instytucji i ogólnej niechęci do udzielania mi informacji.

Ale, że miałam cel nie poddawałam się i starałam nie przejmować za bardzo i w końcu udało mi się „wychodzić” dojście. Znalazłam „Swim Australia” i jej szefa, który powiedział, że mi rozpoznają kwalifikacje, jak przejdę testy i zapłacę (chyba około $100 wtedy, czyli co najmniej 3 razy mniej od kwot, które słyszałam zanim dotarłam do tej organizacji).

Tak więc dostałam upragnione australijskie kwalifikacje instruktora pływania i z tym wreszcie (po wielu telefonach, wycieczkach i odmowach) udało mi się znaleźć szkołę, która przyjęła mnie, żebym „pracowała” na zasadzie wolontariatu… Taki praktykant za darmo.
Wzięłam.
Potem już poszło.

Praca, treningi, studia, opłaty za wizy, kolejne kwalifikacje w sporcie, szalone małżeństwo, urazy sportowe, operacje i szpitale, powolna zmiana stylu życia, adaptacja, brak adaptacji, więcej pracy, więcej treningów, rozwód, czarna rozpacz i niewysłowiony żal, jeszcze więcej pracy, więcej treningów, kłopoty ze zdrowiem, 2 lata bezsenności, mniej pracy i treningów, załamania światopoglądu i nerwowe, ogromna samotność.

Zmiany, zmiany, zmiany i wyzwania. Żeby tylko do lepszego jutra. Czasem jutro okazywało się za daleko, byle tylko do lepszego dziś bywało wystarczającym wyzwaniem.
I chyba tylko ciągła nadzieja, że będzie lepiej, przecież musi być lepiej jakoś trzymała mnie przy lub obok steru…

Styczeń 2019, Australia

Dziś jest 1 stycznia 2019. Jestem w Australii już prawie 10 lat.

Te ostatnie australijskie lata były ogromnym wyzwaniem. Traciłam siły, upadałam, podnosiłam się znowu.
Nie było wytchnienia.
Bolało? Bardzo.
Zalety?
Nauczyłam się dużo.
Wady? Nie ma.
Nauczyłam się dużo i idę do przodu. Nikt mnie nie zatrzyma, chyba, że ja sama.
Wtedy będzie mi przykro, pewnie też ciężko, ale może będę umiała poprosić o pomoc. Ugryzłam się w język. Dlaczego? Przecież to nie grzech prosić o pomoc.

Mam marzenie. Od dziecka biegałam z mikrofonem, właziłam na sceny i chciałam uczyć.

Teraz znowu tego chcę. Pamiętam te obrazy z dzieciństwa bardzo żywo, dopiero teraz – u progu 4-go dziesięciolecia mojego bogatego życia.
Bo właśnie teraz jest czas, żeby to, co robię najlepiej przenieść na większą skalę.

Przez „kolorowe” dzieciństwo przeprowadził mnie Elvis i jego kojący mnie głos w słuchawkach walkmana, a czas nastolatki przetrwałam dzięki Nirvanie, bo Kurt Cobain wykrzyczał wszystko za mnie. Prosto w moje uszy i na moich falach. Ulga.

Korn i Jonathan Davis wykrzykujący swój ból pomógł przebrnąć przez trudy końca małżeństwa spoza granic poznania i rozwód.

I tak jakoś to zawsze było. Nazwisk muzycznych było dużo, bo i moje życie burzliwe, pełne przygód, zmian i wyzwań. Takie wybrałam. Tak je żyję.

Teraz jest znów Queen, Freddie Mercury i wielkie oczarowanie.
Magia i znów realne, dziecięce marzenia. Niech mnie to zaprowadzi do ich realizacji. Niech mnie zaprowadzi do tej mojej działki…

Na dziś już otrzymałam od Queen, a tak naprawdę od Freddiego, ugruntowanie wiary w siebie, mega siłę i znieczulenie na tak zwane „niepowodzenia”, tudzież zwane „brakiem akceptacji ze strony innych”.

Nabrać pewności siebie na pewno też pomogła mi australijska równość każdego wobec każdego. Nieważne, czy masz lat 15, czy 73, czy pracujesz jako specjalista chirurg, czy sprzątasz w hotelach, nieważne jakie masz wykształcenie. Ludzie zwracają się do siebie w ten sam sposób. Po imieniu, zwyczajnie, jak równy z równym. „How ya doin mate?”

Żyjąc samemu w obcym kraju, uczysz się też się życia i rośniesz w siłę.
Przynajmniej ja nie widziałam innego wyjścia.

Uczyłam się i nadal uczę jak iść przez życie wśród innych z dobrym, otwartym sercem i nie obrywać kopniaka w cztery litery na każdym kroku, a za to twardo stać na swoim gruncie.

Teraz wyjeżdżam z Australii, bo innej drogi nie widzę.
Może nauczyłam się tu już wystarczająco dużo?

Jednego jestem pewna, nie widzę realizacji moich marzeń w tym kraju. Przynajmniej nie w tym czasie. A ja chcę do ich realizacji dążyć. Chcę znaleźć swoją działkę i uprawiać ją najlepiej, jak potrafię.

Jeszcze lepiej niż teraz uprawiam swoją małą rolę.

Jeśli nie ja, to kto?
Jak nie teraz, to kiedy?

Więc nie tylko marzenia tu chodzi. Tylko o tą działkę właśnie.

Chcę dać coś od siebie. Więcej niż mój własny minimalistyczny, pro-ekologiczny tryb/styl życia.

Odrestaurowanie bliskich relacji między ludźmi wydaje się priorytetem. Łącznie z relacją z samym sobą. Tak, to może być też o Tobie.

Nad tym chcę pracować. Przez kontakt z ludźmi właśnie. Tak zresztą pracuję już od dawna.
Tylko skala za mała, brakuje tej dużej sceny, dużej publiczności i silnego mikrofonu.

“Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy.”

Cytat pochodzi z artykułu „Nieuchronność klęski klimatycznej”
opublikowanego pod tym adresem
https://www.rp.pl/Ekologia/181209665-Nieuchronnosc-kleski-klimatycznej.html?fbclid=IwAR2j5VttzwoovTUFLYU8L-PQ_DGwzw6LjBFLplTE7B_ufHDt0Xvn7E7yLuM
Publikacja: 31.12.2018

Wiemy już, że nie tylko o ekologiczny kryzys teraz chodzi. To przecież produkt kryzysu wartości i naszego moralnego upadku.

Relacje między ludźmi zastąpiły automaty, rzeczy, internetowy syf, radio caca…

W jaki sposób masz tworzyć relacje z innymi ludźmi, jeśli nawet nie umiesz już przypomnieć sobie kim jesteś i o co Tobie w życiu naprawdę chodzi?

Twój własny mózg produkuje masę bezużytecznych myśli, zaszczuty wyskakującymi okienkami, powiadomieniami, reklamami, alarmami, że nie zapiąłeś pasów lub przypaliłeś grzanki? (Grzanek wcale nie przypaliłeś, takie je chciałeś, ale ten cholerny alarm i tak na Ciebie nabipczał…)

Zastanawiasz się nad tym czasem?

Jak mi ten transfer z Australii do Polski nie pomoże w odnalezieniu drogi do mojej działki, wrócę skąd przyszłam i schowam się pod wodą na zawsze.

Ale jeszcze ciągle mam nadzieję, że uda nam się odrestaurować bliskie relacje między ludźmi i wiarę w podstawowe wartości.

Kim jesteś człowieku początku dwudziestego pierwszego stulecia i jakie są Twoje wartości?
Jaka jest Twoja tarcza i włócznia przed tym, co je niszczy?

Znasz odpowiedź na te pytania?

Jaka jest TWOJA działka?

Please follow and like us:
error

Izolacja. W cyklony chodzę w piance.

Grudzień 2018, Gold Coast, Queensland, Australia

W cyklony chodzę w piance, która izoluje mnie od gęstych ścian wody utkanych z ciężkich kropli niżowego deszczu.

Jak jest plus pięć tysięcy stopni Celsjusza latem, chodzę z parasolką.

Lubię jak tu pada latem. Wolę to niż słoneczną lampę ekstremalnie wysokiego UV , która izoluje mnie przed światem zewnętrznym dużo skuteczniej niż ulewny deszcz.

A i skutki tej izolacji odczuwam bardziej dotkliwie, właściwie dramatycznie.
Czuję się jak w więzieniu na pustyni…

Siedzieć w więzieniu gorącego domu nie jest przyjemnie, ale wydostać się na “pustynię” na zewnątrz, by spłonąć żywcem w słońcu, które zdaje się być zbyt blisko też nie jest atrakcyjną opcją.

Tutejsza wiosna i jesień to przepiękne pory roku i stabilne, dalekie od ekstremalnych temperatur. Zima również jest tu ładna, chociaż czasem potrafi dać w kość, jak masz 5 stopni Celsjusza w domu i śpisz w grubej czapce, a z nosa zwisa topiący się sopel.

Ale lato jest tu ciężkie.
Nie jest też ładne, bo o ile nie ma cyklonu kiedy to wszystko płynie obfitymi strumieniami i ogólnie jest dość dramatycznie,  to jest sucho tak, że dziwię się czasem, że żółtawe resztki trawy nie zapalają się od gorących ludzkich kroków.

Pamiętam, jak kiedyś mówiłam, że lubię się pocić i jak jest ciepło.
Nadal lubię jak jest ciepło, ale nie lubię tutejszych upałów.
W tym roku czuję się bardzo źle.

Nie zawsze tak fatalnie czułam się tutaj latem, ale w tym roku jest wyjątkowo słabo.
Zupełnie jakby mój mózg znalazł pomysł na to, jak mi “ułatwić” wyjazd…

Takie słabe poczucie dużo mówi człowiekowi.
Przede wszystkim, że czas zmienić to, co nas zabija.
Nawet jeśli sam proces zmiany przeraża.

Wszechświatem rządzi fizyka kwantowa w praktyce, czyli prawo przyciągania.

Więcej smutku= więcej smutku.
Więcej radości = więcej radości.

Życie kocha życie.

Więcej życia = więcej życia.

Zmieniamy się.
Czasem to, co służyło nam przez 10 lat, przestaje być takie super i trzeba  zmieniać, co nam nie służy.

Życie w związku, który polega na wzajemnym oskarżeniach i kłótniach nie ma sensu. Oznacza śmierć.
Życie w miejscu, gdzie nie ma szansy na rozwój, a to Twój obecny priorytet, to też śmierć.

Przeciągając się rano w łóżku, otworzyłam Nowy Testament na przypadkowej stronie.
Trzymam go zawsze przy łóżku i czasem czytam rano. Często znajduję w ten sposób zaskakujące odpowiedzi. Zaskakujące, bo często na pytania, których nie zadałam w tym właśnie momencie.

Dziś otworzyłam go na przypowieści “Podobieństwo o talentach” (Ew. Św. Mateusza 25, 14-30).

Nie będę rozpisywała się o samej przypowieści. Pozwolę sobie przytoczyć fragment interpretacji, który mniej więcej oddaje, co zrozumiałam ja:

“Jedną z prostych nauk wynikających z przypowieści o talentach jest to, że odnoszenie korzyści z naszych zasobów, rozumu i pracy nie jest niemoralne. Co więcej, w przeciwieństwie do osiągania zysków, ponoszenie strat, czyli marnotrawstwo bogactwa, szczególnie z powodu braku inicjatywy, jest postępowaniem złym.”

Przeczytałam “Podobieństwo o talentach” i wyciągnęłam wniosek.
Obecnie żyję w sytuacji-miejscu, gdzie nie mam szansy na rozwój. Wykorzystanie tego, co umiem i dalszy rozwój to mój priorytet, więc pozostawanie w miejscu, gdzie to nie stanie się, to marnotrawstwo. Umieranie za życia.

I tak to właśnie dla mnie teraz wygląda.
Przeciętne życie, nawet jeśli w Australii, to dla mnie zastój i śmierć.
A ja lubię życie i lubię żyć. Bardzo lubię.

Może mogłam zobaczyć jak małe i ciasne jest Gold Coast kiedy to przyleciałam?
A może nie. Przecież jest też piękne. I w końcu stało się moim Australijskim domem.
Nie wszystko było tu złe lub dobre. Po prostu było. Jest.
A teraz czas na zmianę.
Tak zdecydowałam.

zyciowa zmiana transition

Jedno jest pewne, przez te australijskie lata nabrałam siły i mega pewności siebie.
I to ze sobą zabiorę gdziekolwiek pójdę. Mam nadzieję, że zawsze starczy mi siły.

Wszystko zaczęło się prawie 10 lat temu, kiedy to wylądowałam w Australii po raz pierwszy.

Takie wspomnienia znalazłam w artykułach, które napisałam po wylądowaniu na Gold Coast.

21 czerwca 2009r.

Leje, jak z cebra. Podobno dopiero od wczoraj. Za to ciepło jest. Cieplej niż w Sydney. Przynajmniej w ciągu dnia, bo w nocy dalej śpię w dresie i skarpetach … W końcu zima tu, więc nie ma, co tak się dziwić.

Gold Coast robi na mnie dziwne wrażenie – z jednej strony duże, a raczej „długie” – ciągnie się dziesiątkami kilometrów wzdłuż wybrzeża, z drugiej jednak, ciasna, mała mieścina. Za to plaże ładne, nawet w strugach deszczu.”

Ania Stan Mermaid Beach 2009

3 lipca 2009r.

Kolejny dzień szukania pracy na Gold Coast w czasach kryzysu i australijskiej zimy…
Co tu dużo mówić – idzie jak po grudzie. Nawet w tak uroczych restauracyjkach, jak McDonalds’ i jego tutejszy odpowiednik Hungry Jack’s jeszcze mi się nie udało. Posucha.
Przez tą turystyczną ciszę mam czasem poczucie, że utknęłam w miasteczku rodem z ekranizacji powieści Stephena Kinga. To znaczy na takim pustkowiu, gdzie jedyną imitacją jakiegokolwiek życia jest toczące się przez środek ekranu krzaczysko zwinięte w kulę.”

Ania Stan Sundale bridge Gold Coast

Czytając powyższe wspomnienia dziś, zdaję sobie sprawę, że już na samym początku widziałam pustkę, która w końcu i mi się udzieliła. Co teraz czuję dotkliwie.

Człowiek nie jest stworzony do życia w izolacji.

Rzecz jasna nie zawsze żyłam tu pośród pustki i w izolacji.
Moje australijskie życie było niezwykle pełne. Ale to na inne opowieści.

12 grudnia 2018

Wczoraj poszłam na rezonans magnetyczny mózgu. Dużo już tych moich rezonansów różnych części ciała było.

Ten wyjątkowy. Bardzo podobał mi się. Około 20 minut medytacji z dziwnymi dźwiękami maszyny do rezonansu. Leżysz w tubie, nie możesz ruszyć się, korki w uszach i specjalne na uszach, żeby unieruchomić głowę i dodatkowo wygłuszyć dźwięk, nad głową jakaś dziwna konstrukcja, a wokół tuba. W szpitalnej sali jesteś tylko Ty zamknięta wewnątrz maszyny do rezonansu.

Przed wejściem na salę pogadałam z pielęgniarkami i kazały mi zdjąć wszystko. Dokładne były. Aż zdziwiłam się, że nie proszą bym zdjęła tatuaże.
Były też bardzo fajne i wesołe i dały mi do ubrania piżamę szpitalną-mundurek. Niebieską. Ten sam rozmiar dla każdego. 10 numerów za duża dla mnie.

Nie miałam przy sobie i na sobie nic swojego. Żadnego kolczyka nawet.
Byłam tylko ja w za wielkim niebieskim szpitalnym mundurku.
Jakoś dziwnie było mi z tym wszystkim bardzo dobrze.

Odstawiłam na bok nabyte aspekty tożsamości i po prostu byłam. Bez niczego, co do mnie należy. Tylko ja i ta wielka niebieska piżama.
Oddałam na chwilę odpowiedzialność za siebie w ręce ludzi ze szpitala na tej sali.
Zrobiło mi się lekko. Bardzo lekko.

Czułam się spokojna i bezpieczna. Strach, związany z kolejną zmianą kraju i wszystkiego co się z tym wiąże, zniknął.
Czułam się lepiej niż w samolocie.

Lubię latać, bo nie ma tam nic innego poza przyjemnością BYCIA.
Co zostawiłam w jednym miejscu w samolocie nie ma znaczenia. Co będzie po drugiej stronie, tam gdzie lecę, też nie ma znaczenia, bo przecież nie wydarzyło się. Po prostu jestem.

Czas bez czasu…

Ale jak każda bajka i ta się skończyła.
Po wszystkim przebrałam się i poszłam. Na piechotę i niechętnie do rzeczywistości.
Ale szpitalny niebieski mundurek zabrałam ze sobą.

Please follow and like us:
error

How ya goin mate? czyli bieżące obserwacje międzykulturowe.

Obserwacje międzykulturowe, a raczej australijsko-polskie smaki, które mieszają się w moich komórkach tej pięknej australijskiej wiosny do złudzenia przypominającej mi polską jesień.

Ania Stan

Październik 2018

Może zacznę od tego, że nadal mieszkam na Gold Coast w słonecznym Queensland. To nadaje dodatkowego wyrazu mojej wiosennej potrawce z obserwacji międzykulturowych i podążających za nimi myśli.

Ania Stan

Słowa takie jak luz i swoboda nabierają na Gold Coast nowego znaczenia.

Sami popatrzcie na zdjęcie powyżej. To nie jest niecodzienny obrazek. To właśnie codzienność. Wysportowane piękne dziewczyny w krótkich fit-ubrankach i świetnie wyrzeźbieni australijscy piękni chłopcy (zazwyczaj tylko w szortach) kręcą się w okolicach plaży zawsze, niezależnie od pory roku i pogody.
Może zimą niektórzy z nich założą cienkie pianki, jak idą serfować lub koszulki, jak nie idą surfować. Nagie ciało ściele się gęsto przy strzeżonych plażach, ale są też długie pasy wybrzeża, gdzie żadne ciało nie ściele się (całe szczęście) i jest wspaniały widok. Czysta plaża z jasnym piaskiem, błękitne niebo i bezkres Pacyfiku.

Ania Stan

Ludzie odnoszą się do siebie nie tylko uprzejmie, ale zazwyczaj też przyjaźnie. Jasne, że nie zawsze i nie wszyscy tacy są, ludzie są ludźmi w końcu, niezależnie od końca świata…

Kłamać nie będę, jak masz tu w porządku pracę i swój przyzwoity kąt, życie na wybrzeżu jest bardzo przyjemne. Gold Coast jest śliczne, pogoda bardzo do życia, okolice bogate w różne atrakcje (a jak komuś za mało, może wsiąść w samolot i zwiedzić inne regiony), i łatwo rozmawiać z ludźmi na ulicy, wiek nie ma granicy! 70 i 80-ciolatkowie chodzą na siłownię, biorą udział w zawodach pływackich, jeżdżą na kempingi i prowadzą bogate życie towarzyskie. Wiadomo, że nie wszyscy, ale opis chyba oddaje obraz panującej tu atmosfery dość dobrze.

Oczywiście są i inne strony życia nad brzegiem Pacyfiku w uroczej miejscowości turystycznej, ale nie o tym dziś chcę opowiedzieć. Teraz nastąpi relacja kulturalno-kulturowa, w świetle powyższego wstępu.

Wczoraj poszliśmy do teatru. To była moja pierwsza wizyta w teatrze na Gold Coast, mimo, że mieszkam tu od 2009. Wygląda na to, że nie jest to popularna forma spędzania czasu wśród mieszkańców wybrzeża. Mam tutaj chyba tylko jednego znajomego, który zadeklarował, że jemu też teatru brakuje.

A brakuje, bo nie ma tu regularnie wystawianych sztuk.

Sporty wodne cieszą się zdecydowanie większą popularnością niż teatr i raczej nie powinno mnie to dziwić skoro sama wolę spędzać czas na świeżym powietrzu.

Ale są takie aspekty życia miejskiego, których mi na Gold Coast bardzo brakuje i myślę, że to uczucie pogłębia się każdej wiosny będącej zapowiedzią letnich mega upałów.

Świeże powietrze latem wcale nie jest takie świeże, jest gorące i lepkie, a czasem nawet parzy w cieniu, ocean to często ciepła zupa, o basenie nie wspomnę. Nawet woda z prysznica leci letnia, a czasem nawet ciepława.

Takie lato zaprasza mnie szeroko otwartymi spoconymi ramionami do odwiedzenia jakiegoś schronienia przed słońcem, które już od 4 rano działa z wigorem.

No więc ten teatr. Kupiliśmy bilety w ramach akcji charytatywnej i poszliśmy na muzyczne przedstawienie “We will rock you”, oparte na piosenkach Queen.

Teatr mały, bardzo nawet, po prawej od wejścia bar, po lewej toalety, a na wprost sala teatralna wypełniona stolikami, trochę jak w kawiarni.

Ania Stan

Idąc tam nie wiedziałam czego spodziewać się, więc ubrałam się formalnie-nieformalnie, dżinsowe szorty i biała koszula, dla przyzwoitości zamieniłam japonki na eleganckie sandały, zresztą jedyne, jakie mam.

I świetnie trafiłam, bo tak tu było – formalnie-nieformalnie. Inni ubrani byli podobnie i ogólnie panowała stonowana, ale swobodna atmosfera. Właściwie tego spodziewałam się i przyznam się, że w drodze zastanawiałam się, czy będą w tetrze mieli bar, bo w Australii jeszcze nie widziałam miejsca w jakiś sposób kojarzonego z rozrywką, w którym by baru nie było. Byłam też ciekawa, jak ludzie ubiorą się i będą się zachowywać.

Niespodzianek nie było większych, wszystko odbyło się w lekkiej australijskiej atmosferze.
Można było zamówić drinka i jakąś przekąskę, zabrać do stolika i używać pomiędzy oklaskami.

Oklasków, serdecznych i głośnych, było dużo.
Przedstawienie było wspaniałe.

Aktorzy świetni w swoich rolach, połączenie opowiadanej historii z muzyką Queen stanowiło harmonijną kompozycję, a samo wykonanie muzyczne – czapki z głów!
I ta choreografia!
Artyści byli idealnie zsynchronizowani w tańcu i śpiewie i niezwykle sprawni w ruchach, a kostiumy (często skąpe w materiał) leżały na nich, jak  własna skóra. Niezależnie od swoich rozmiarów każdy z wykonawców prezentował się rewelacyjnie.

Artystami byli w większości młodzi ludzie, najwyraźniej bardzo zdolni i zdeterminowani, by swoją sztukę zabrać na największy poziom.

Bardzo ich determinację i profesjonalizm podziwiam, przecież nikt im za przygotowania i występ nie płaci, oni po prostu chcą.

Wyszłam z teatru zachwycona i zainspirowana i kolejnych kilka dni słuchałam największych przebojów Queen z wypiekami na duszy.

Te wypieki na duszy pogłębia nadal australijska wiosna, która trwa od września do listopada i zawsze wprowadza mnie w nieco nostalgiczny, magiczny nastrój.

Każdej spędzonej w Australii wiosny czuję polską jesień, która ogarnia mnie zapachem i kolorami spadających liści i świeżością poranków. Czuję też wiosnę, której słoneczny uśmiech wśród kwitnących krzewów burzy krew w moich żyłach i sprawia, że chcę tańczyć, śpiewać i wziąć z życia jeszcze więcej!

To jest przedziwne uczucie, trochę jak łzy smutku i radości jednocześnie. Nostalgiczne, ale przyjemne, magiczne i obiecujące, że zdarzy się coś wspaniałego.

Tej wiosny czuję się jak moja jedyna roślinka w obecnym domu- mała gałązka pelargonii, którą dostałam od Julie ponad miesiąc temu.
Trzymam ją w wodzie w szklanej butelce i wystawiam z troską na poranne słońce. Pelargonia zaczęła niedawno puszczać malutkie korzenie, ale nadal pływają one w wodzie i może niedługo będą gotowe zakorzenić się w ziemi. Ale jeszcze nie teraz. Za to pomiędzy liśćmi pojawił się dziś mały kwiatuszek. Moja mała nadzieja i radość.

Ania Stan

Please follow and like us:
error