Niezdrowo zdrowy. Czy naprawdę zdrowo jesz?

W dzisiejszych czasach łatwo “dać się zwariować” i ponieść szeroko promowanej fali tzw. zdrowego życia, w tym odżywiania.

Porozmawiajmy zatem o odżywianiu.
Raz po raz wraca do mnie pytanie, czy promowane zdrowe jest faktycznie takie zdrowe?
I czy to samo jest zdrowe dla każdego z nas w każdym momencie naszego życia i stanie organizmu?
Nie sądzę.

Czy można zatem jedząc zdrowo sprawić, że rozchorujemy się?
Można.

Jeśli przez nieumiejętny dobór produktów lub po prostu manię zdrowego jedzenia nadszarpniemy równowagę naszego organizmu, będzie on musiał poświęcić więcej energii na naprawianie siebie i przywrócenie zdolności normalnego funkcjonowania.
Może wtedy „wyłączyć” niektóre funkcje, które uzna za niekonieczne do przeżycia w czasie, kiedy stara się, „na przekór” nam, zdrowo jedzącym wrócić do równowagi.

Wiem o czym mówię, bo nie tylko są mi dostępne informacje i badania z biochemii, fizjologii, anatomii, psychologii et alia , ale również nabyta wiedza praktyczna. Mam  tu na myśli własne doświadczenie i doświadczenie kilku koleżanek i kolegów.
Niektórzy z nas zmądrzeli i zaczęli słuchać alarmowych sygnałów wysyłanych przez własne ciało, ale poprawa nadszarpniętego zdrowia nie następuje od razu, trzeba być cierpliwym.
Za to konsekwencje zabawy z jedzeniem są ogromne. I my je ponosimy.

Jedzenie, a odżywianie to dwie różne rzeczy.
Można jeść i nie odżywiać organizmu.
Tu są co najmniej dwie skrajne możliwości:

  1. Jeść zupełnie niezdrowo.
  2. Jeść “zbyt zdrowo”.

O tym jak jeść niezdrowo większość z nas ma pojęcie. Sprawa komplikuje się, jak zaczynamy mówić o zdrowym jedzeniu.

Żyjemy w dziwnych czasach.
To, co było normalnym jedzeniem kiedy ja byłam dzieckiem z biegiem lat stało się obecnie rzadkością.
Produkty, takie jak zwykłe pomidory o smaku pomidora, ogórki o smaku ogórka, wielokształtne i często nadgryzione przez robaki jabłka, makaron robiony ręcznie w domu z jajek, które faktycznie były zniesione przez kurę, która rzeczywiście żyła na „wolnym wybiegu” i jadła to, co kura normalnie je, z czasem zostały wyparte przez „błyskawiczne” sztuczne i z torebki oraz modyfikowane genetycznie i takie interesujące rzeczy jak jajka, które w Chinach potrafią dosłownie wyprodukować bez udziału kury…

W miarę „postępu” (?!), wzrostu tempa życia, przeróżnych zmian społecznych i wzrostu liczby ludności zamieszkującej ziemię pojawiało się zapotrzebowanie na wszystko, co jest „więcej” i /”szybciej”, czyli również tzw. „udogodnienia” w kuchni.
Po co masz gotować zupę przez pół dnia, kiedy możesz kupić torebkę i przyrządzić gar zupy z proszku pochodzącego z owej torebki w ciągu 10 minut (czy ile tam czasu będzie potrzebne na zagotowanie wody)?

Chciwość i zachłanność ludzka nie zna granic, więc odpowiedź rynku na takie zapotrzebowanie była szybka i bezwzględna- chcecie szybciej, damy wam szybciej i łatwiej.
Nikt nie mówił, że cena, którą za to zapłacimy będzie dużo wyższa niż to, co wyświetlają półki supermarketów.
Przecież chcieliśmy szybciej i łatwiej, o zdrowiu nie myśleliśmy.

“Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza, człowiecze z końca wieku? Głowę zwiesił niemy.”[1] [2]

Jak wiemy trendy na rynku produktów spożywczych i rynku farmakologicznym są interesująco przenikające się nawzajem i uzupełniające. Działają jak przemyślnie zaprojektowana maszyna do robienia pieniędzy.

Jak wiemy, popyt można zainicjować grając na ludzkich emocjach. Znamy też próżność ludzką. Okładki magazynów znane nam są od dawna, wiemy też jak są promowane „gwiazdy” przemysłu rozrywkowego i wiemy, na jaki rodzaj ciała panuje moda…

Od dawna znana jest obecność na rynku produktów „low fat” i „light”[3] (zazwyczaj pełnych cukru) lub „sugar free”[4] (zazwyczaj pełnych sztucznych słodzików, które jednak dobrą reputacją jeśli chodzi o ich wpływ na zdrowie nie cieszą się).
Później doszły wynalazki typu „gluten free”[5].
Te ostatnie zasługują w dzisiejszych czasach na osobne tomy poezji, a niewiedza przeciętnego człowieka na ich i glutenu temat jest nadal ogromna. Tu wspomnę tylko, że na obecnym rynku bezglutenowy raczej nie znaczy zdrowy i gorąco zachęcam tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, do postudiowania na ten temat.[6]

Kolejnym fantastycznym dla rynku spożywczego trendem jest żywność ekologiczna, organiczna, biodynamiczna, naturalna, bez sztucznych konserwantów i barwników, kosmetyki bio etc.
I tu znów szerokie pole do popisu dla marketingowców.

Wróćmy do naszych ogórków, które smakują jak ogórki i marchewek, które zwyczajnie rosną w ziemi, jak to marchewki robią, zamiast zwisać w kierunku ziemi po to, żeby rosły w jednakowych rozmiarach i nie brudziły się…
Dostępność tych prawdziwych produktów spadła znacząco od czasów, kiedy były one produktami zwyczajnymi, co za tym idzie, ich cena zmieniła się również znacząco. Niestety ich jakość zmieniła się również.
Według mojego doświadczenia Polsce trzeba “nagimnastykować się” znacznie, żeby znaleźć dobrego dostawcę naturalnych produktów. Zazwyczaj żywność dostępna w sklepach ze zdrową żywnością (!), tzw. „organikach”, czy nawet zielarskich jest nie tylko droga, ale często też pochodzi z Chin, co mnie osobiście przeraża (o jajku bez kury produkowanym w Chinach wspominałam, prawda?).

Całe szczęście jest ruch Slow Food[7], który ratuje nieco sprawę.

Ale wróćmy do tematu: Niezdrowo zdrowy.

Niestety wraz ze spadkiem jakości żywności pojawiła się potrzeba suplementacji. Podobno.
Na  pewno wiemy, że pojawił się nowy trend na rynku zdrowej żywności – superfoods[8] i suplemnety oraz wszelkiej maści i kolorów „ulepszacze” żywności.

Codziennie dowiadujemy się o fantastycznych właściwościach na przykład dyni i jarmużu oraz o tym jak i kiedy je jeść, żeby to było dla nas jak najbardziej korzystne. Stare dobre siemię lniane i babka płesznik to teraz źródło cennego błonnika (z jakiegoś tajemniczego powodu bardziej niż kiedykolwiek), więc również są dostępne w cennej cenie.

To samo stało się ze zwykłą pokrzywą, mniszkiem lekarskim, czarnym bzem czy rumiankiem. Wymieniać można bez końca.
Wiele rodzimych ziół, przypraw, warzyw i owoców oraz niektóre z ich przetworów stało się jakoś niezwykle cenne w ostatnich latach.

Przez ostatnich kilka lat (2016- 2019), spędzając każdego roku kilka miesięcy w Polsce, przeanalizowałam ceny produktów, o których teraz rozmawiamy.
Mówimy teraz o cenach z szerokiej gamy sklepów (w tym też aptek) i z wielu miast w Polsce. I ile razy idę na spacer do lasu lub z psem mojej mamy na łąkę i od niechcenia zbieram te obficie rosnące mniszki lekarskie, dziurawce, pokrzywy i inne, zawsze zastanawiam się co tłumaczy rosnący poziom cen tych samych ziół zapaczkowanych w małe torebeczki na półkach sklepów ze ekologiczną żywnością.
Pewnie zapotrzebowanie, bo przecież teraz wszyscy musimy jeść suplementy i stosować diety oczyszczające…

Trendy i idące za nimi wzrosty cen, a z nimi terminy marketingowe znane są z tego, że lubią zmieniać się, bo to gwarantuje nowe lub dodatkowe źródła dochodu dla producenta i całego łańcuszka dystrybucji i promocji po drodze do ostatecznego odbiorcy.
I kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. To są nasze pieniądze proszę Państwa.[9]
Dlatego to, co nazywane jest superfood dziś, za miesiąc schodzi na dalszy plan, wyparte przez nowego gwiazdora. Skoro wczoraj był jarmuż i herbatka z pokrzywy, to dziś niech będą jagody goji, maca, czarnuszka i stare dobre kakao. Czemu nie? No i oczywiście trawa pszeniczna. Mhmm, zielone to dobre!

Z tym, że zielone jest dobre zgadzam się. Do pewnego stopnia.

Zasada równowagi obowiązuje w każdym aspekcie naszego życia i należy pamiętać, że każde ludzkie ciało ma swoje indywidualne uwarunkowania, raczej nie zdarza się, że wszystko jest białe lub czarne, jest za to nieskończona ilość odcieni szarości.

Dlatego skrajności są dla nas szkodliwe- są nienaturalne dla naszego ciała.

Mówiąc o skrajnościach… sama przez kilka lat byłam fanatycznie zdrowa.

Kolejne zaburzenie żywienia, od jakiegoś czasu zyskujące na popularności, to ortoreksja.

„Ortoreksja to zaburzenie łaknienia, które polega na przywiązywaniu nadmiernej wagi do jakości spożywanego pokarmu. Pochodzi od słów: “orto” – prawidłowy, dobry i “orexis” – pożądanie, apetyt. Okazuje się, że zdrowe odżywianie się nie jest korzystne dla naszego organizmu, jeśli przybiera formę obsesji. Osoby cierpiące na ortoreksję stosują źle zbilansowaną dietę, która jest uboga w niektóre składniki odżywcze. Prowadzi to do niedożywienia. Przyczyny ortoreksji to problemy psychiczne, które przekładają się na chęć kontrolowania swojego życia poprzez nadmierne kontrolowanie swojego odżywiania.”[10]

Sama nieświadomie wpadłam w pułapkę zdrowego jedzenia.
Eksperyment, który niechcąco na sobie w ten sposób przeprowadziłam doprowadził mnie do dość fatalnego stanu zdrowotnego.
Przecież zdrowo odżywiałam się, więc nie zauważyłam, że znowu zanurzałam się w obsesję. Pamiętam jak dziś, kiedy to w swojej zuchwałości zignorowałam słowa mojej przyjaciółki, kiedy kiedyś delikatnie w kuchni wspomniała „słyszałaś o ortoreksji?” i grzecznie nie drążyła dalej tematu.

Jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że wreszcie udało mi się zobaczyć, czego „dokonałam” na samej sobie i moim ciele. Zajęło mi to z rok, czy dwa i nie było to łatwe, bo nie byłam osamotniona w moim otoczeniu w manii zdrowego jedzenia.
I mimo, że zaczęłam odczuwać ciężkie skutki ortorektycznej obsesji, nadal brnęłam w niej brnęłam, jeszcze zwiększając jej natężenie przez dokładanie kolejnych suplementów, głownie z serii zioła, superfoods i wszystko, co alkalizuje ciało.

Powoli, bardzo małymi krokami i korzystając z różnych metod odkrywałam co u mnie nie działa. Tu czuję się zobowiązana wtrącić, że żadne badania medyczne nie wykazały, że coś u mnie nie działa.
Według zwykłej medycyny alopatycznej jestem od lat okazem zdrowia, a ja długo czułam jakbym umierała od środka. Na marginesie, mam w związku z tym wątpliwości co do pewnych metod pomiaru lub norm, wedle których medycyna alopatyczna określa stan zdrowia człowieka…

Na zewnątrz było to widać po skórze, która była sucha i cienka jak papier. Tak to czułam, była inna. Układ hormonalny zwariował. Pojawiły się kłopoty z oddychaniem. Jelita przestały działać, jak powinny. Wątroba też. Wątroba – tak ważny organ! I jak to się stało mimo tego, że tak ją odtruwałam? I gdzie znikały moje ciężko pracujące mięśnie, a wraz z nimi waga? A może w odwrotnej kolejności…

Moja niespożyta energia uleciała i nawet nie wiedziałam kiedy. Za to bardzo dobrze wiedziałam, że jej nie mam.
Były takie dni, że zwykły spacer był dla mnie wysiłkiem, a do tej pory zawsze byłam mega wysportowana, silna, w świetnej kondycji i z niespożytą energią.
Popęd seksualny? Zapomnij.

Normalny sen? Nie bardzo, bo wysokie stężenie kortyzolu we krwi budziło mnie zazwyczaj pomiędzy pierwszą, a trzecią w nocy. Wiedziałam, czego to oznaka, bo mechanizm stresu w ludzkim ciele przeanalizowałam jako trener dość precyzyjnie.
Widać nie na tyle precyzyjnie, żeby zrozumieć dlaczego jestem w stanie permanentnego stresu. Złożyłam to na karby zbyt dużego wysiłku związanego z częstymi podróżami, przeprowadzkami, pracą i ogólnie niestabilnym trybem życia. O niedożywieniu nie pomyślałam…

Zdarzały się i zawroty głowy. Całodniowe. Towarzyszyły im również inne atrakcje, które przeżyłam bardzo ciężko i do tej pory dziękuję Bogu, że w stanie, w jakim byłam, udało mi się bezpiecznie za każdym razem dojechać autem do domu.
Tego typu wątpliwe bohaterstwo przypłaciłam jeszcze większym spadkiem odporności, bo mój mózg na dzienne operacje bezdusznie pobierał energię z tkanek, w których już jej zmagazynowanej nie było, więc drapieżnie wysysał z życia same tkanki.

Ludzki mózg to drapieżca. Ona MA przeżyć. Taki jest jego główny program.

Jeśli ciało nie dostaje wystarczająco dużo energii i w związku z tym nie może naturalnie zapewnić jej mózgowi, on i tak tę energię pobierze. Skąd będzie mógł. Zrobi to kosztem innych organów i tkanek.
Taki jest mechanizm śmierci głodowej…

Jak już teraz wiemy, w swojej manii zielono – zdrowego jedzenia nie zauważyłam, że zaczęłam też bardzo mało jeść, bo bałam się… Jeśli nie miałam swojej przygotowanej porcji z ekologicznych produktów, wolałam nie jeść niż zjeść coś, co uważałam za szkodliwe!

Niezdrowo zdrowy.

Ja nie podążałam za trendem. Te wszystkie rynkowe hity zdrowego jedzenia nie pasowały mi za bardzo. Jagód acai spróbowałam raz i mi to nie smakowało za bardzo, zielone szejki, koktajle i soki z trawy jęczmienia też nie koniecznie.
Ja po prostu chciałam jeść tylko naturalne produkty ekologiczne i być w mega świetnej formie, mega zdrowa, mega silna i przenosić góry na swoich barkach. Nadczłowiek… Z historii wiemy, że to oznacza manię, a ta zgubę.

Moja zdrowa dieta działała przez jakieś 2 lata, dopóki była po prostu zdrowa.
Dopóki była bogata w różnorodne pokarmy z dobrego źródła i z niemal całkowitym wykluczeniem sztucznych produktów, zwykłej pszenicy i cukru, oraz dopóki jadłam, faktycznie czułam się świetnie i rzeczywiście cieszyłam się rewelacyjnym zdrowiem i siłą.

Niestety nie zauważyłam, kiedy to zaczęło przeradzać się w obsesję, a im bardziej wariowałam, tym mniej jadłam (żeby mi nie zaszkodziło…) i tym bardziej chciałam wspomagać organizm poprzez mieszanie zbyt wielu składników na raz.

Niby mam naukowe zacięcie, a jednak w swojej manii nie wpadłam na pomysł, że wszystko jest związkiem chemicznym i mieszanie pewnych produktów i ziół nie jest bezpieczne dla ludzkiego organizmu i może mieć fatalne skutki.

Wszystko można w życiu zepsuć, własne zdrowie też.
W dzisiejszych czasach “zdrowe” to nadużywane pojęcie, na pewno jeśli chodzi o odżywianie.



Tak pisałam jakieś dwa lata temu…

A świat nadal zmieniał się. My go zmienialiśmy.
Teraz, kiedy zalewają nas fale plastiku i CO2 zwiększającego globalne ocieplenie, wszyscy jemy i pijemy plastik, niezależnie, czy nazywa się on “eko”, czy nie.
Czy jest sens mówić o jakimkolwiek zdrowym jedzeniu w obliczu powyższych faktów i u progu klęski klimatycznej?


Co Ty sądzisz?


[1] Kazimierz Przerwa-Tetmajer, „Koniec wieku”, Poezye tom II, wyd.III Warszawa, G. Gebethner i Spółka 1901.

[2]Komentarz autora: Zachęcam do przeczytania tego utworu, być może po raz kolejny. Jest o czym pomyśleć…

[3] O niskiej/obniżonej zawartości tłuszczu lub beztłuszczowy.

[4] Bez cukru.

[5] Bezglutenowy.

[6] Można zacząć od pozycji: Dr William Davis, „Kuchnia bez pszenicy. 150 przepisów, które pomogą pozbyć się pszennego brzucha i wyzdrowieć”. Bukowy Las Sp. Z o.o. 2013.
Pozycja zawiera nie tylko informacje dotyczące gluten i życia bez niego, ale także obszerny zbiór przepisów.

[7] Organizacja i jednocześnie ruch społeczny skupiający osoby zainteresowane ochroną tradycyjnej kuchni różnych regionów świata i związanych z tym upraw rolnych i nasion, zwierząt hodowlanych i metod prowadzenia gospodarstw, charakterystycznych dla tych regionów. Za https://pl.wikipedia.org/wiki/Slow_Food
Dostęp: 11 października 2017, 30 lipca 2019
Komentarz autora: pozwoliłam sobie użyć terminu z Wikipedii, ponieważ wydał mi się zwięzły i trafny.

[8] Superżywność – termin marketingowy wykorzystywany do określania nieprzetworzonej żywności pochodzenia naturalnego, rzekomo bogatej w składniki odżywcze, których ilość i właściwości mają działać korzystnie na organizm człowieka. Za https://pl.wikipedia.org/wiki/Superfood. Dostęp: 11 października 2017 , 30 lipca 2019
Komentarz autora: ponownie pozwoliłam sobie użyć terminu z Wikipedii, ponieważ wydał mi się niezwykle trafny.

[9] Cytat (nieco zmodyfikowany) z filmu „Rejs” z 1970 roku w reżyserii Marka Piwowskiego.

[10] https://portal.abczdrowie.pl/ortoreksja, Październik 2016, artykuł podpisany przez: psycholog Kamila Krocz. Dostęp: 13 października 2017, 30 lipca 2019[

Moja działka

Styczeń 2019, Australia

Jaka jest moja działka w rzeczywistości pełnej szmatławych odprysków ludzkiej zachłanności, łącznie z internetowym śmieciem i szambem systemów “idiot”?

Zadajesz sobie takie pytanie czasem?

Grozi nam nie tylko klęska ekologiczna.

Już dawno stanęliśmy u progu chaosu i totalnego kryzysu podstawowych wartości moralnych. Ten ostatni powoli przekraczamy.

Często zastanawiam się nad tym jaki ja mam w tym wszystkim udział?

Ja staram się bardzo.
Jestem szczerą, mocno pro-ekologiczną minimalistką.
Energię wkładam w to, w co wierzę i nie boję się o tym mówić.

Staram się na każdym kroku być dobra dla innych, robić dalej to, co potrafię robić dobrze- trenować siebie i innych ludzi, ucząc ich też o zdrowiu, ruchu i jak iść przez życie według mojej najlepszej wiedzy oraz aktualizować tą wiedzę.

Ale coraz częściej mam ochotę zniknąć, bo jak tylko uda mi się uchwycić sens tego, co robię, i myślę, tak, to właśnie moja działka,
dostaję w twarz kolejną cuchnącą szmatą cyber-rzeczywistości lub ludzkiej chciwości wyrażonej często w dewastacji planety i nas samych i…
odechciewa mi się wszystkiego.

Najchętniej medytowałabym bez przerwy podnosząc ciężary lub ćwicząc bezdechy zanurzona głęboko pod wodą i już wcale nie wracała do tak zwanej rzeczywistości.

Ale nie mogę. Jeszcze nie teraz.

Mimo, że jest pod górkę, jak patrzę na to, co dzieje się z nami i planetą i większość bardzo oporną na zrozumienie. Mimo, że codziennie napotykam na coraz to nowsze przeszkody.

Nawet wordpress, którego używam do napisania tego postu, wywiesił właśnie plugawy ozór aktualizacji bezwstydnie obnażając jej efekty.

Wszystko zostało zautomatyzowane, brak elastyczności, nawet nie widzę, co piszę, bo tekst przykrywają jakieś paski zadań i powiadomienia, które wyskakują bez przerwy nie wiem skąd.

Trochę jak w bajce o Aladynie i cudownej lampie…

Teraz zamiast potrzeć lampę, naciskasz jeden guzik, żeby nowy paragraf zrobił się sam, a w innej zakładce dżin imieniem google już wie czego szukasz zanim własną myśl zwerbalizujesz.
Szkoda, że wyniki, które zwraca mało mają wspólnego ze spełnieniem życzenia. Zamiast tego, musisz przebrnąć przez śmieci pseudo informacji, żeby (być może) znaleźć wartość nie zwracającą fałszu.

I znowu nie wiem, czy ja mam jakąkolwiek rolę lub choćby działkę do uprawiania w tego typu “realu”…

Nie, żebym nie próbowała szukać. Całe życie szukam. Myślę też, że znalazłam, ale…

Upłynęło już kilka dobrych lat poszukiwań.

Kila lat mojej młodości, radości, szaleństw, śmiechu, łez, niemierzalnego stresu, w którego amoku doznałam tajemniczych zaników pamięci i kilka lat otrząsania się z tego stresu, szukania spokoju, a może po prostu dziury w całym? W całym, którego nie ma?
Trudno znaleźć dziurę w czymś, czego nie ma.
Powtórz.

Styczeń 2015, Australia

Veni vidi vici. Przez lata wydawało mi się, że każdy może te słowa włożyć w swoje usta i będą to słowa prawdziwe.

Dziś myślę, że są zarezerwowane.  Zarezerwowane dla zwycięzcy.
Dla tego, kto sam potrafi być sterem, żeglarzem, okrętem i zdobywcą własnego życia.

Ale po kolei. Niemal 6 lat temu przyleciałam na wizie studenckiej z Polski do Australii. To było moje marzenie

Załatwiłam sobie roczne wakacje. Rok zleciał prędko. Zostałam.
Dużo w tym pierwszym roku osiągnęłam. Pracowałam na to bardzo intensywnie i były rezultaty.

Niedługo po przylocie zaczęłam trenować sztuki walki w jednym z klubów – głownie brazylijskie jiu jitsu, które wybrałam jako przedmiot dodatkowy na kursie, dzięki któremu została mi przyznana wiza studencka.

Szybko okazało się, że reszta to był tylko dodatek do jiu jitsu i po 3 miesiącach od pierwszego kroku na macie w Australii już brałam udział w zawodach całej Oceanii.

Od dziecka zafascynowana byłam sztukami walki i zanim przyleciałam na antypody już ich kilku spróbowałam, ale w jiu jitsu zakochałam się. Z wzajemnością – okazało się, że tworzymy świetną parę.
Trenowałam dniami i właściwie nocami po części również, a w autobusach studiowałam materiały z kursu i pisałam zaliczenia.

Trzeba było zacząć zarabiać, bo zasób złotówek szybko topniał w upale drogiego czynszu za dach nad głową opłacanego już w dolarach australijskich. Zaparłam się, że będę pracować ucząc pływać (w Australii!) skoro mam do tego kwalifikacje.
Musiałam zaprzeć się, bo kwalifikacjami z Polski mogłam sobie w Australii pomachać.

Wyjścia były 2– zapłacić za kurs tutaj lub aplikować o rozpoznanie kwalifikacji.
Na kurs funduszu nie miałam, może i bym miała, ale za cenę mieszkania na ulicy… a rozpoznać kwalifikacji nikt nie chciał.

Nie wspomniałam jeszcze, że wszystkie te zawiłości faktycznie były dla mnie zawiłe i nie miałam pojęcia o systemie kwalifikacji, instytucji je nadających, instytucji je honorujących, ludzi „u władzy” owych instytucji i ogólnej niechęci do udzielania mi informacji.

Ale, że miałam cel nie poddawałam się i starałam nie przejmować za bardzo i w końcu udało mi się „wychodzić” dojście. Znalazłam „Swim Australia” i jej szefa, który powiedział, że mi rozpoznają kwalifikacje, jak przejdę testy i zapłacę (chyba około $100 wtedy, czyli co najmniej 3 razy mniej od kwot, które słyszałam zanim dotarłam do tej organizacji).

Tak więc dostałam upragnione australijskie kwalifikacje instruktora pływania i z tym wreszcie (po wielu telefonach, wycieczkach i odmowach) udało mi się znaleźć szkołę, która przyjęła mnie, żebym „pracowała” na zasadzie wolontariatu… Taki praktykant za darmo.
Wzięłam.
Potem już poszło.

Praca, treningi, studia, opłaty za wizy, kolejne kwalifikacje w sporcie, szalone małżeństwo, urazy sportowe, operacje i szpitale, powolna zmiana stylu życia, adaptacja, brak adaptacji, więcej pracy, więcej treningów, rozwód, czarna rozpacz i niewysłowiony żal, jeszcze więcej pracy, więcej treningów, kłopoty ze zdrowiem, 2 lata bezsenności, mniej pracy i treningów, załamania światopoglądu i nerwowe, ogromna samotność.

Zmiany, zmiany, zmiany i wyzwania. Żeby tylko do lepszego jutra. Czasem jutro okazywało się za daleko, byle tylko do lepszego dziś bywało wystarczającym wyzwaniem.
I chyba tylko ciągła nadzieja, że będzie lepiej, przecież musi być lepiej jakoś trzymała mnie przy lub obok steru…

Styczeń 2019, Australia

Dziś jest 1 stycznia 2019. Jestem w Australii już prawie 10 lat.

Te ostatnie australijskie lata były ogromnym wyzwaniem. Traciłam siły, upadałam, podnosiłam się znowu.
Nie było wytchnienia.
Bolało? Bardzo.
Zalety?
Nauczyłam się dużo.
Wady? Nie ma.
Nauczyłam się dużo i idę do przodu. Nikt mnie nie zatrzyma, chyba, że ja sama.
Wtedy będzie mi przykro, pewnie też ciężko, ale może będę umiała poprosić o pomoc. Ugryzłam się w język. Dlaczego? Przecież to nie grzech prosić o pomoc.

Mam marzenie. Od dziecka biegałam z mikrofonem, właziłam na sceny i chciałam uczyć.

Teraz znowu tego chcę. Pamiętam te obrazy z dzieciństwa bardzo żywo, dopiero teraz – u progu 4-go dziesięciolecia mojego bogatego życia.
Bo właśnie teraz jest czas, żeby to, co robię najlepiej przenieść na większą skalę.

Przez „kolorowe” dzieciństwo przeprowadził mnie Elvis i jego kojący mnie głos w słuchawkach walkmana, a czas nastolatki przetrwałam dzięki Nirvanie, bo Kurt Cobain wykrzyczał wszystko za mnie. Prosto w moje uszy i na moich falach. Ulga.

Korn i Jonathan Davis wykrzykujący swój ból pomógł przebrnąć przez trudy końca małżeństwa spoza granic poznania i rozwód.

I tak jakoś to zawsze było. Nazwisk muzycznych było dużo, bo i moje życie burzliwe, pełne przygód, zmian i wyzwań. Takie wybrałam. Tak je żyję.

Teraz jest znów Queen, Freddie Mercury i wielkie oczarowanie.
Magia i znów realne, dziecięce marzenia. Niech mnie to zaprowadzi do ich realizacji. Niech mnie zaprowadzi do tej mojej działki…

Na dziś już otrzymałam od Queen, a tak naprawdę od Freddiego, ugruntowanie wiary w siebie, mega siłę i znieczulenie na tak zwane „niepowodzenia”, tudzież zwane „brakiem akceptacji ze strony innych”.

Nabrać pewności siebie na pewno też pomogła mi australijska równość każdego wobec każdego. Nieważne, czy masz lat 15, czy 73, czy pracujesz jako specjalista chirurg, czy sprzątasz w hotelach, nieważne jakie masz wykształcenie. Ludzie zwracają się do siebie w ten sam sposób. Po imieniu, zwyczajnie, jak równy z równym. „How ya doin mate?”

Żyjąc samemu w obcym kraju, uczysz się też się życia i rośniesz w siłę.
Przynajmniej ja nie widziałam innego wyjścia.

Uczyłam się i nadal uczę jak iść przez życie wśród innych z dobrym, otwartym sercem i nie obrywać kopniaka w cztery litery na każdym kroku, a za to twardo stać na swoim gruncie.

Teraz wyjeżdżam z Australii, bo innej drogi nie widzę.
Może nauczyłam się tu już wystarczająco dużo?

Jednego jestem pewna, nie widzę realizacji moich marzeń w tym kraju. Przynajmniej nie w tym czasie. A ja chcę do ich realizacji dążyć. Chcę znaleźć swoją działkę i uprawiać ją najlepiej, jak potrafię.

Jeszcze lepiej niż teraz uprawiam swoją małą rolę.

Jeśli nie ja, to kto?
Jak nie teraz, to kiedy?

Więc nie tylko marzenia tu chodzi. Tylko o tą działkę właśnie.

Chcę dać coś od siebie. Więcej niż mój własny minimalistyczny, pro-ekologiczny tryb/styl życia.

Odrestaurowanie bliskich relacji między ludźmi wydaje się priorytetem. Łącznie z relacją z samym sobą. Tak, to może być też o Tobie.

Nad tym chcę pracować. Przez kontakt z ludźmi właśnie. Tak zresztą pracuję już od dawna.
Tylko skala za mała, brakuje tej dużej sceny, dużej publiczności i silnego mikrofonu.

“Z kryzysem ekologicznym poradzimy sobie bowiem dopiero wtedy, gdy relacje człowiek–człowiek staną się ponownie ważniejsze niż relacje człowiek–rzeczy.”

Cytat pochodzi z artykułu „Nieuchronność klęski klimatycznej”
opublikowanego pod tym adresem
https://www.rp.pl/Ekologia/181209665-Nieuchronnosc-kleski-klimatycznej.html?fbclid=IwAR2j5VttzwoovTUFLYU8L-PQ_DGwzw6LjBFLplTE7B_ufHDt0Xvn7E7yLuM
Publikacja: 31.12.2018

Wiemy już, że nie tylko o ekologiczny kryzys teraz chodzi. To przecież produkt kryzysu wartości i naszego moralnego upadku.

Relacje między ludźmi zastąpiły automaty, rzeczy, internetowy syf, radio caca…

W jaki sposób masz tworzyć relacje z innymi ludźmi, jeśli nawet nie umiesz już przypomnieć sobie kim jesteś i o co Tobie w życiu naprawdę chodzi?

Twój własny mózg produkuje masę bezużytecznych myśli, zaszczuty wyskakującymi okienkami, powiadomieniami, reklamami, alarmami, że nie zapiąłeś pasów lub przypaliłeś grzanki? (Grzanek wcale nie przypaliłeś, takie je chciałeś, ale ten cholerny alarm i tak na Ciebie nabipczał…)

Zastanawiasz się nad tym czasem?

Jak mi ten transfer z Australii do Polski nie pomoże w odnalezieniu drogi do mojej działki, wrócę skąd przyszłam i schowam się pod wodą na zawsze.

Ale jeszcze ciągle mam nadzieję, że uda nam się odrestaurować bliskie relacje między ludźmi i wiarę w podstawowe wartości.

Kim jesteś człowieku początku dwudziestego pierwszego stulecia i jakie są Twoje wartości?
Jaka jest Twoja tarcza i włócznia przed tym, co je niszczy?

Znasz odpowiedź na te pytania?

Jaka jest TWOJA działka?

Izolacja. W cyklony chodzę w piance.

Grudzień 2018, Gold Coast, Queensland, Australia

W cyklony chodzę w piance, która izoluje mnie od gęstych ścian wody utkanych z ciężkich kropli niżowego deszczu.

Jak jest plus pięć tysięcy stopni Celsjusza latem, chodzę z parasolką.

Lubię jak tu pada latem. Wolę to niż słoneczną lampę ekstremalnie wysokiego UV , która izoluje mnie przed światem zewnętrznym dużo skuteczniej niż ulewny deszcz.

A i skutki tej izolacji odczuwam bardziej dotkliwie, właściwie dramatycznie.
Czuję się jak w więzieniu na pustyni…

Siedzieć w więzieniu gorącego domu nie jest przyjemnie, ale wydostać się na “pustynię” na zewnątrz, by spłonąć żywcem w słońcu, które zdaje się być zbyt blisko też nie jest atrakcyjną opcją.

Tutejsza wiosna i jesień to przepiękne pory roku i stabilne, dalekie od ekstremalnych temperatur. Zima również jest tu ładna, chociaż czasem potrafi dać w kość, jak masz 5 stopni Celsjusza w domu i śpisz w grubej czapce, a z nosa zwisa topiący się sopel.

Ale lato jest tu ciężkie.
Nie jest też ładne, bo o ile nie ma cyklonu kiedy to wszystko płynie obfitymi strumieniami i ogólnie jest dość dramatycznie,  to jest sucho tak, że dziwię się czasem, że żółtawe resztki trawy nie zapalają się od gorących ludzkich kroków.

Pamiętam, jak kiedyś mówiłam, że lubię się pocić i jak jest ciepło.
Nadal lubię jak jest ciepło, ale nie lubię tutejszych upałów.
W tym roku czuję się bardzo źle.

Nie zawsze tak fatalnie czułam się tutaj latem, ale w tym roku jest wyjątkowo słabo.
Zupełnie jakby mój mózg znalazł pomysł na to, jak mi “ułatwić” wyjazd…

Takie słabe poczucie dużo mówi człowiekowi.
Przede wszystkim, że czas zmienić to, co nas zabija.
Nawet jeśli sam proces zmiany przeraża.

Wszechświatem rządzi fizyka kwantowa w praktyce, czyli prawo przyciągania.

Więcej smutku= więcej smutku.
Więcej radości = więcej radości.

Życie kocha życie.

Więcej życia = więcej życia.

Zmieniamy się.
Czasem to, co służyło nam przez 10 lat, przestaje być takie super i trzeba  zmieniać, co nam nie służy.

Życie w związku, który polega na wzajemnym oskarżeniach i kłótniach nie ma sensu. Oznacza śmierć.
Życie w miejscu, gdzie nie ma szansy na rozwój, a to Twój obecny priorytet, to też śmierć.

Przeciągając się rano w łóżku, otworzyłam Nowy Testament na przypadkowej stronie.
Trzymam go zawsze przy łóżku i czasem czytam rano. Często znajduję w ten sposób zaskakujące odpowiedzi. Zaskakujące, bo często na pytania, których nie zadałam w tym właśnie momencie.

Dziś otworzyłam go na przypowieści “Podobieństwo o talentach” (Ew. Św. Mateusza 25, 14-30).

Nie będę rozpisywała się o samej przypowieści. Pozwolę sobie przytoczyć fragment interpretacji, który mniej więcej oddaje, co zrozumiałam ja:

“Jedną z prostych nauk wynikających z przypowieści o talentach jest to, że odnoszenie korzyści z naszych zasobów, rozumu i pracy nie jest niemoralne. Co więcej, w przeciwieństwie do osiągania zysków, ponoszenie strat, czyli marnotrawstwo bogactwa, szczególnie z powodu braku inicjatywy, jest postępowaniem złym.”

Przeczytałam “Podobieństwo o talentach” i wyciągnęłam wniosek.
Obecnie żyję w sytuacji-miejscu, gdzie nie mam szansy na rozwój. Wykorzystanie tego, co umiem i dalszy rozwój to mój priorytet, więc pozostawanie w miejscu, gdzie to nie stanie się, to marnotrawstwo. Umieranie za życia.

I tak to właśnie dla mnie teraz wygląda.
Przeciętne życie, nawet jeśli w Australii, to dla mnie zastój i śmierć.
A ja lubię życie i lubię żyć. Bardzo lubię.

Może mogłam zobaczyć jak małe i ciasne jest Gold Coast kiedy to przyleciałam?
A może nie. Przecież jest też piękne. I w końcu stało się moim Australijskim domem.
Nie wszystko było tu złe lub dobre. Po prostu było. Jest.
A teraz czas na zmianę.
Tak zdecydowałam.

zyciowa zmiana transition

Jedno jest pewne, przez te australijskie lata nabrałam siły i mega pewności siebie.
I to ze sobą zabiorę gdziekolwiek pójdę. Mam nadzieję, że zawsze starczy mi siły.

Wszystko zaczęło się prawie 10 lat temu, kiedy to wylądowałam w Australii po raz pierwszy.

Takie wspomnienia znalazłam w artykułach, które napisałam po wylądowaniu na Gold Coast.

21 czerwca 2009r.

Leje, jak z cebra. Podobno dopiero od wczoraj. Za to ciepło jest. Cieplej niż w Sydney. Przynajmniej w ciągu dnia, bo w nocy dalej śpię w dresie i skarpetach … W końcu zima tu, więc nie ma, co tak się dziwić.

Gold Coast robi na mnie dziwne wrażenie – z jednej strony duże, a raczej „długie” – ciągnie się dziesiątkami kilometrów wzdłuż wybrzeża, z drugiej jednak, ciasna, mała mieścina. Za to plaże ładne, nawet w strugach deszczu.”

Ania Stan Mermaid Beach 2009

3 lipca 2009r.

Kolejny dzień szukania pracy na Gold Coast w czasach kryzysu i australijskiej zimy…
Co tu dużo mówić – idzie jak po grudzie. Nawet w tak uroczych restauracyjkach, jak McDonalds’ i jego tutejszy odpowiednik Hungry Jack’s jeszcze mi się nie udało. Posucha.
Przez tą turystyczną ciszę mam czasem poczucie, że utknęłam w miasteczku rodem z ekranizacji powieści Stephena Kinga. To znaczy na takim pustkowiu, gdzie jedyną imitacją jakiegokolwiek życia jest toczące się przez środek ekranu krzaczysko zwinięte w kulę.”

Ania Stan Sundale bridge Gold Coast

Czytając powyższe wspomnienia dziś, zdaję sobie sprawę, że już na samym początku widziałam pustkę, która w końcu i mi się udzieliła. Co teraz czuję dotkliwie.

Człowiek nie jest stworzony do życia w izolacji.

Rzecz jasna nie zawsze żyłam tu pośród pustki i w izolacji.
Moje australijskie życie było niezwykle pełne. Ale to na inne opowieści.

12 grudnia 2018

Wczoraj poszłam na rezonans magnetyczny mózgu. Dużo już tych moich rezonansów różnych części ciała było.

Ten wyjątkowy. Bardzo podobał mi się. Około 20 minut medytacji z dziwnymi dźwiękami maszyny do rezonansu. Leżysz w tubie, nie możesz ruszyć się, korki w uszach i specjalne na uszach, żeby unieruchomić głowę i dodatkowo wygłuszyć dźwięk, nad głową jakaś dziwna konstrukcja, a wokół tuba. W szpitalnej sali jesteś tylko Ty zamknięta wewnątrz maszyny do rezonansu.

Przed wejściem na salę pogadałam z pielęgniarkami i kazały mi zdjąć wszystko. Dokładne były. Aż zdziwiłam się, że nie proszą bym zdjęła tatuaże.
Były też bardzo fajne i wesołe i dały mi do ubrania piżamę szpitalną-mundurek. Niebieską. Ten sam rozmiar dla każdego. 10 numerów za duża dla mnie.

Nie miałam przy sobie i na sobie nic swojego. Żadnego kolczyka nawet.
Byłam tylko ja w za wielkim niebieskim szpitalnym mundurku.
Jakoś dziwnie było mi z tym wszystkim bardzo dobrze.

Odstawiłam na bok nabyte aspekty tożsamości i po prostu byłam. Bez niczego, co do mnie należy. Tylko ja i ta wielka niebieska piżama.
Oddałam na chwilę odpowiedzialność za siebie w ręce ludzi ze szpitala na tej sali.
Zrobiło mi się lekko. Bardzo lekko.

Czułam się spokojna i bezpieczna. Strach, związany z kolejną zmianą kraju i wszystkiego co się z tym wiąże, zniknął.
Czułam się lepiej niż w samolocie.

Lubię latać, bo nie ma tam nic innego poza przyjemnością BYCIA.
Co zostawiłam w jednym miejscu w samolocie nie ma znaczenia. Co będzie po drugiej stronie, tam gdzie lecę, też nie ma znaczenia, bo przecież nie wydarzyło się. Po prostu jestem.

Czas bez czasu…

Ale jak każda bajka i ta się skończyła.
Po wszystkim przebrałam się i poszłam. Na piechotę i niechętnie do rzeczywistości.
Ale szpitalny niebieski mundurek zabrałam ze sobą.